Korona Kielce mistrzem Polski roku 2012. Brzmi jak scenariusz filmu science fiction? Nawet jeśli, to ta fantasmagoria jest bliżej realizacji niż kiedykolwiek w historii.

Historię o poczciwym Kopciuszku zna niemal każdy. Gdyby baśnie braci Grimm przełożyć na realia futbolu, to Korona Kielce zapewne śmiało mogłaby pretendować do tego mało zaszczytnego wyróżnienia piłkarskiego kopciuszka. Przed sezonem skazana na pożarcie i walkę o ligowy byt, udowadnia, że w piłce może zdarzyć się naprawdę wszystko. A w tej w rodzimym wydaniu – zwłaszcza. Rzeczywistość zweryfikowała wszelkie prognozy i teraz sprawy mają się następująco: czwarte miejsce w tabeli i raptem cztery punkty straty do prowadzącej Legii. Ligowy kalendarz także może napawać kielczan optymizmem. Na ostatnie siedem spotkań w czterech przypadkach Korona będzie się mierzyć z drużynami, które – przynajmniej w teorii – nie powinny jej sprawić większych problemów. W końcu czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, że tak rozpędzony zespół Leszka Ojrzyńskiego może zgubić punkty z ŁKS-em, Zagłębiem, GKS-em lub Widzewem? Mało prawdopodobne, choć oczywiście możliwe. Nie zmienia to faktu, że Korona jest o krok od nierealnego, wydawałoby się, mistrzostwa Polski roku 2012. Walka o końcowy triumf wkracza w decydującą fazę.
A początki były zupełnie inne. Wykpiwana, wyszydzana i stawiana w gronie faworytów do spadku, Korona na przekór wszystkiemu już w pierwszych kolejkach pokazała, że pozory naprawdę mogą być mylące. Pierwsze dziewięć kolejek i zero porażek, a w tym aż pięć zwycięstw. – To przypadek, nic więcej – umniejszali wagę sukcesu kielczan eksperci. Dowodem na to miał być późniejszy kryzys i passa pięciu spotkań bez zwycięstwa, w której Korona poniosła trzy kolejne porażki. Przełomem okazał się jednak wygrany mecz z Legią. Wybiegany, wywalczony, w którym wola walki i chęci okazały się kluczowe. Determinacja to zresztą znak rozpoznawczy drużyny Ojrzyńskiego. Drużyny, w której nikt nie odstawia nogi, a straconych piłek zwyczajnie nie ma. Zespół, określany mianem zakapiorów, pokazał, że w tej lidze naprawdę nie trzeba wiele, by bić się o najwyższe laury. Potrzeba tylko (naprawdę tylko, nie aż) walki. Tak też się stało. Kolejne bardzo dobre wyniki nakręciły samoistnie tę spiralę sukcesu. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko rundę wiosenną, to okaże się, że to właśnie Korona jest liderem rozgrywek. „Scyzory”, jak to mają w zwyczaju, zręcznie patroszą kolejnych przeciwników, a na rozkładzie jest już nie byle kto: Śląsk, Wisła i Polonia.












