„Nam strzelać nie kazano” – rzekł ongiś adiutant w „Reducie Ordona”. Polscy piłkarze najwyraźniej są wyśmienicie zapoznani z poezją Mickiewicza. Tym gorzej dla kibica, że twórczość wieszcza postanowili przekuć w czyn.

19, 18, 16, 14, 16, 20 – te magiczne liczby to bynajmniej nie wyniki ostatniego losowania „Dużego Lotka”. To suma bramek w ostatnich sześciu kolejkach polskiej ekstraklasy. Szybki rachunek nie pozostawia złudzeń. Raptem dwa gole na mecz to nie jest wynik, który może zadowalać. I (na ogół) nie zadowala. Nick Hornby w swojej bodaj najsłynniejszej książce pisał o tym, że „cierpienie to sól kibicowania”, to jego nieodłączny element. I choć „Futbolowa Gorączka” autora była prawdziwym bestsellerem, to obcowanie z polską ekstraklasą z reguły wywołuje zgoła odmienny stan. Przejmujące, lodowate dreszcze.
Na krajowym piłkarskim poletku bramki padają z częstotliwością sukcesów rodzimych artystów na popularnej Eurowizji. Znaczy się, niezbyt często. A przecież to właśnie gole są tym, co przyciąga, co wywołuje emocje i co sprawia, że poczciwy kibic raz jeszcze chce pojawić się na stadionie. Co zatem powoduje tak mizerny dorobek strzelecki polskich drużyn? Przede wszystkim wszędobylski strach. Trenerzy zwyczajnie boją się zaryzykować, odkryć, zaszczepić filozofię piłki „na tak”, piłki ofensywnej i nastawionej na atak. Zamiast tego wybierają bezpieczny wariant. Siermiężna, szczelna defensywa, wyczekiwanie na ruch przeciwnika i ewentualny kontratak. Asekuranctwo podniesione do rangi sztuki. No bo tak naprawdę, czy ktokolwiek z Was byłby w stanie wymienić zespół w polskiej ekstraklasie, który imponuje polotem i ofensywnym usposobieniem? Okej, w tym gronie ewentualnie mógłby znaleźć się Ruch Chorzów, który jednak z takimi nazwiskami w przodzie jest niejako zobligowany do gry „na tak”. Mając w składzie Niedzielana, Abbotta, Piecha czy Jankowskiego, zwyczajnie nie wypada (i chyba nie da się) koncentrować wyłącznie na zabezpieczaniu tyłów.

Rodzynkiem w tym futbolowym cieście próbował zostać wciąż nieopierzony Tomasz Hajto, który nie stroni od ustawiania swojej drużyny w sposób możliwie najbardziej ofensywny. Efekt? Cztery spotkania i zaledwie jedna bramka. Bo dobre chęci to nie wszystko. Trzeba mieć także odpowiednich wykonawców. A tych, niestety, u nas jak na lekarstwo. I to kolejny powód tej mizerii. Innymi słowy, zwyczajnie łatwiej jest zrobić popularny „wyjazd”, posłać futbolówkę byle dalej od siebie, niż zawiązać dobrą, składną akcję. Smutne? Smutne, ale prawdziwe. „Ukoronowaniem” wydaje się gdańska Lechia, która bramki nie strzeliła od czasu wojen husyckich. Na pocieszenie, podopieczni Pawła Janasa mogą się pochwalić czołowym, 7. miejscem w prestiżowej rywalizacji. Rywalizacji najmniej skutecznych drużyn w Europie. „Lepsze” w tej klasyfikacji okazały się tuzy z Estonii (Ajax Lasnamae), San Marino (Domagnano), Serbii (Borac Cacak) czy Cypru (Ermis Aradippou). Doprawdy, elitarne grono.











