Jeśli ktoś w Burnley spodziewał się, że Brian Laws, nowy trener drużyny, okaże się cudotwórcą, musi jeszcze poczekać. Burnley nie udało się pokonać mistrza Anglii – Manchesteru United.
O ile pierwszą połowę przyjezdni mogliby zaliczyć do udanych, to już o drugiej powinni jak najszybciej zapomnieć. Manchester nie potrafił przez pierwsze trzy kwadranse stworzyć sobie wielu klarownych sytuacji, dzięki dobrze dysponowanej defensywie Burnley. W drugiej części gry „Czerwone Diabły” pokazały jednak, kto rządzi na Old Trafford…
Kibice Manchesteru dość długo czekali na gole swojej drużyny, ale doczekali się. Wynik meczu w 64. minucie otworzył Dymitar Berbatow, a już po pięciu minutach „Czerwone Diabły”, po golu Wayne’a Rooney’a, prowadziły 2:0. Rezultat dwadzieścia minut przed końcem zdawał się być już zatem znany. Mało kto wątpił w zwycięstwo gospodarzy. Podopieczni sir Aleksa Fergusona długo jeszcze nękali bramkę Burnley, ale kolejnego gola zdobyli dopiero w samej końcówce spotkania. Pierwszą bramkę w barwach Manchesteru zdobył Mame Diouf, wykorzystując wspaniałe podanie Antonio Valencii ze linii środkowej boiska.
Boaz Myhill zatrzymał Tottenham. Każdy, kto oglądał spotkanie Tottenham – Wigan wie, ile w tym prawdy… Bramkarz Hull był niesamowity, wygrywał każdy pojedynek z napastnikami i pomocnikami „Kogutów”. Na White Hart Lane rozgrywany był mecz Tottenham – Myhill. Trudno było dostrzec, aby któryś z kolegów z zespołu pomagał swojemu bramkarzowi.
Defoe, Keane, Palacios, Modrić ani Huddlestone – żaden z tych piłkarzy nie był w stanie trafić do siatki, choć ich formie nawet sam trener Harry Redknapp nie powinien mieć nic do zarzucenia. Myhill bronił po prostu tak genialnie, że nie było żadnego skutecznego sposobu na wygranie tego meczu przez Tottenham. A co z resztą piłkarzy Hull? Coż… Byli na boisku, owszem, oddali nawet siedem niecelnych strzałów! Ani razu Eurelho Gomes, bramkarz Spurs, nie musiał łapać piłki. To chyba wystarczy jako komentarz do tego remisu.










