25. kolejka Barclays Premier League obfitowała w przełamania i koniec złych serii, które jak widmo ciągnęły się za niektórymi zawodnikami.
Po 48 strzałach oddawanych na bramkę rywali w końcu trafił Mario Balotelli. Wcześniej co prawda dwukrotnie udawało mu się pokonywać bramkarzy rywali, ale było to w Pucharze Ligi Angielskiej oraz w Lidze Mistrzów. Wczoraj trafił w angielskiej ekstraklasie, więc jeśli trafi w FA Cup w weekend z Crystal Palace, to zaliczy trafienie w każdych rozgrywkach, w jakich „The Reds” grali do tej pory w tym sezonie.
Na Anfield były piłkarz City przesądził o wygranej z Tottenhamem, który jest w ostatnim czasie dość wygodnym rywalem dla podopiecznych Brendana Rodgersa, gdyż ostatnie pięć spotkań w Premier League między tymi ekipami kończyło się triumfami Liverpoolu. Nie zmienił tego Mauricio Pochettino, który podczas pracy na St. Mary’s miał niezły bilans z Irlandczykiem z Ulsteru. Cóż, nic nie trwa wiecznie.
Co dalej z Balotellim? Mimo bramki trudno oczekiwać, aby jego pozycja jakoś diametralnie się zmieniła. W niedzielę na mecz derbowy nie był nawet w kadrze meczowej, zmieścił się za to Rickie Lambert. Teraz między oboma napastnikami „wielki” pojedynek – Lambert ma na razie dwa gole w barwach ekipy z Merseyside w PL, Balotelli jednego. Kto będzie lepszy na mecie sezonu? Zakład podwyższonego ryzyka.
Inny Lambert, niejaki Paul, nie siedzi już tak jak Rickie na ławce, bo po wczorajszej porażce na KC Stadium z Hull City (2:0) grzecznie mu za pracę podziękowano, mimo że we wrześniu ów Paul przedłużył kontrakt z „The Villans”. Czasem z piłkarzami jest tak, że grają bardzo dobrze, mając kontrakt, który jest blisko wygaśnięcia. Wtedy zaczynają grać jak za dwóch, byle tylko dostać drugą umowę. W wypadku Lamberta co poniektórzy dziwili się, że menedżer Aston Villi dostał ofertę przedłużenia kontraktu na samym początku sezonu. Z perspektywy czasu bez wahania można stwierdzić, że była to pochopna decyzja, o czym świadczą poniższe, niezbyt chlubne statystyki.











