Austria drugi raz jedzie na europejski czempionat, z tym że pierwszy występ, w 2008 roku, zaliczyła z racji bycia gospodarzem turnieju. Wówczas piłkarsko mocno odstawała (co nie przeszkodziło jej w zdobyciu punktu w starciu z Polakami), ale dziś sytuacja wygląda nieco inaczej. Ekipa Marcela Kollera bez skrupułów niszczyła kolejnych rywali w eliminacjach, a rankingu FIFA zajmuje 10. lokatę, co sporo mówi o jej potencjale. Czy we Francji zdoła choć trochę nawiązać do słynnego „Wunderteamu” lat 30.?
Owy „Wunderteam” spokojnie mógłby zostać zaklasyfikowany jako jeden z najlepszych zespołów z tych, które nigdy nie wygrały mistrzostwa świata czy Europy. W okresie międzywojennym nie było drużyny grającej atrakcyjniejszy i przyjemniejszy dla oka futbol, zachodząc jednocześnie do półfinału mundialu i wygrywając rozgrywany wówczas Puchar Państw Środkowoeuropejskich (w którym grali m.in. Polacy, Węgrzy, Włosi i parę innych krajów). Styl, klasa, efektowność, jakość – kadra tak dobrze oddawała to, czym wówczas była i nadal jest ich stolica, Wiedeń.
Jakim cudem Austriacy byli taką potęgą? Przyczynili się do tego wyjątkowi ludzie, inne podejście do futbolu niż w uznawanej wówczas za potęgę Anglii, ale i zmieszanie się piłki z kulturą i codziennymi obyczajami.
W tamtych czasach motorem napędowym do rozwoju piłki były dyskusje o grze, jakie często toczyły się między uprawiającymi ten sport, tymi, którzy go uczyli i zajmowali się jego organizacją, i najliczniejszą grupą, która po prostu obserwowała wszystko z wysokości trybun. W Anglii do wymiany poglądów między tymi trzema grupami dochodziło przede wszystkim w pubach. I nie ma co ukrywać, brała w tym udział niemal tylko niższa klasa społeczeństwa, robotnicza. Brakowało intelektualistów.
Inaczej sprawa się miała w Austrii. Gra została rozpropagowana przez pracowników brytyjskiej ambasady, biznesmenów, bankierów. Ale nie została pozostawiona tylko i wyłącznie robotniczej części społeczeństwa.
W szczególności w Wiedniu,w latach 20. i 30. bardzo popularna była kultura kawiarniana. Ludzie przesiadywali w nich całymi dniami. Dlaczego? W stolicy Austrii wielu mieszkało w ciasnych mieszkaniach, brakowało im przestrzeni, dlatego „domy kawowe”, jak określa się je po angielsku, stały się przedłużeniem ich mieszkań. Prawdziwym salonem, pokojem służącym do odpoczynku, relaksu i przyjemności. Inni przychodzili, bo było to centrum życia społecznego. Tam mogli usiąść przy marmurowych stołach, poczytać prasę, porozmawiać. W takich miejscach spotykali się literaci tworzący swoje kolejne dzieła.
Każdy klub miał swoją własną, upatrzoną kawiarnię, gdzie gracze, sympatycy, dyrektorzy i pisarze spotykali się, by podczas wielogodzinnych dyskusji rozprawiać na tematy dotyczące ich ulubionej drużyny. Fani Austrii Wiedeń na przykład robili to w Cafe Parsifal, z kolei ci popierający Rapid Wiedeń gromadzili się w Cafe Holub. Ale centrum wszelkich dysput był Ring Cafe. Jonathan Wilson, „Odwrócona piramida”.
Kawiarnie działały wtedy jak takie demokratyczne kluby, miejsca spotkań, gdzie każdy był mile widziany w dyskusji. Ceną była w zasadzie tylko jedna kawa. Nie trzeba było wiele wydawać, by móc siedzieć godzinami, rozmawiając, pisząc, czytając gazety, grając w karty czy otrzymując swoje przesyłki pocztowe – pisał Stefen Zweig. Zgadza się – niektórzy, np. pisarz i poeta Peter Altenberg, woleli mieć zaadresowaną do siebie pocztę dostarczaną w kawiarniach aniżeli w domach, bo tam częściej przesiadywali. Freud, Kafka i wielu innych w tej atmosferze tworzyło wybitne dzieła. Nie było też lepszego miejsca dla polityków, jeśli chodzi o promocję samych siebie – organizowano wiece, spotkania z wyborcami.
Popularność była tym większa z powodu tego, jak traktowano klienta. Samo kupienie jednej filiżanki kawy pozwalało, by przesiadywać w lokalu godzinami. Klient nie spotykał się z nieprzyjemnymi spojrzeniami ze strony kelnerów, sugerującymi opuszczenie lokalu z powodu zajmowania miejsca – wręcz przeciwnie, regularnie donoszono mu szklankę wody. Takich stałych bywalców nazywano „stamgastami”. Dzięki temu mogli liczyć na to, że ich ulubiony stolik nigdy nie będzie zajęty (nawet jeśli nie składali rezerwacji), czy że obsługa z góry będzie wiedziała, co im podać na wejście.
***
Każdy klub piłkarski miał swoją własną, upatrzoną kawiarnię, gdzie gracze, sympatycy, dyrektorzy i pisarze spotykali się, by podczas wielogodzinnych dyskusji rozprawiać na tematy dotyczące ich ulubionej drużyny. Fani Austrii Wiedeń na przykład robili to w Cafe Parsifal, z kolei ci popierający Rapid Wiedeń gromadzili się w Cafe Holub. Ale centrum wszelkich dysput był Ring Cafe. Będąc wcześniej miejscem regularnych dyskusji o krykiecie, na początku lat 30. temat przewodni zmienił się w piłkę nożną – tak podział kawiarni opisywał w kultowej „Odwróconej piramidzie” Jonathan Wilson.
O Cafe Ring traktował wtedy „Welt am Montag”: jest to rodzaj rewolucyjnego parlamentu, w którym znajomi, przyjaciele i fanatycy futbolu obradują. Żaden klub nie dominuje, bo każdy ma tu swoich przedstawicieli.
Wiele rozmów, działań było napędzanych przez zainteresowaną tematyką żydowską burżuazję, tak liczną w owym czasie w Wiedniu. To właśnie zainteresowanie majętnych Żydów z wyższych sfer sprawiło, że do tak prostej gry nad Dunajem podchodzono w tak wyrafinowany i filozoficzny sposób, co mocno odbiło się później na sposobie gry, jaki prezentował „Wunderteam”.
Choć nie tylko to. Wielki wpływ na późniejszego, wieloletniego trenera Austrii i jej styl gry miał Anglik Jimmy Hogan. Odrzucony na Wyspach, notabene tak naprawdę przez antyintelektualizm angielskiej piłki, trafił na kontynentalną Europę, gdzie próbował znaleźć swoje miejsce. Wyznawał szkołę futbolu, która wtedy była uznawana za szkocką. Anglicy już przechodzili na słynne W-M Herberta Chapmana, a Hogan nadal był wiernym wyznawcą klasycznego 2-3-5. Ale nie o ustawienie tak naprawdę chodziło, ale o sposób gry. Chciał więcej treningów z piłką przy nodze, grania w dużej mierze podaniami po ziemi, a nie opierania swojego planu na grę na fizyczności i długich piłkach. Choć trudno w to teraz uwierzyć, to właśnie Szkoci jako pierwsi grali tak, jak widział to Hogan, zupełnie różniąc się od swoich odwiecznych rywali z południa.
Trenował też w innych krajach, przez które przepływa Dunaj, między innymi na Węgrzech, mając tam spory wpływ na ukształtowanie się węgierskiej złotej jedenastki. Po latach, zwycięstwie na Wembley 6:3 i wielu innych wiktoriach Węgrzy powiedzą: Jimmy Hogan nauczył nas wszystkiego, co wiedzieliśmy o piłce. A w rodzimym kraju zostanie uznany za zdrajcę, bo przecież podpowiadał Madziarom przed wypadem do Londynu, jakie są słabe punkty Anglików. Futbol totalny nie wziął się z niczego. Dziś łączony z Rinusem Michelsem nie powstałby, gdyby nie dziedzictwo pozostawione przez uciekiniera z Wysp.
Jedną z innowacji jak na tamten czas było wykorzystanie napastnika do tego, by cofał się z pierwszej linii bliżej linii środkowej, co świetnie robił gwiazdor kadry, Marcus Sindelar, wykorzystując swoją technikę. Coś, co Anglicy uznawali za herezję, bo przecież snajper był od tego , by stać w polu karnym i czekać na wrzutki.
Hogan sam nie trenował kadry Austrii, ale pomagał w rozwoju piłki w tym kraju i miał wielki wpływ na wieloletniego selekcjonera „Wunderteamu”, Hugo Meisla. Jedną z innowacji jak na tamten czas było wykorzystanie napastnika do tego, by cofał się z pierwszej linii bliżej linii środkowej, co świetnie robił gwiazdor kadry, Marcus Sindelar, wykorzystując swoją technikę. Coś, co Anglicy uznawali za herezję, bo przecież snajper jest od tego, by stać w polu karnym i czekać na wrzutki.
Choć ligę utworzono dopiero w 1924 roku, to na mecze po pewnym czasie przychodziło 40-50 tysięcy osób. Znacznie więcej niż dzisiaj. Sindelar był idealnym zobrazowaniem tego, jak popularną grą była piłka w tamtym czasie w niemieckojęzycznym kraju. Snajper grał w filmach, był twarzą reklamową firm sprzedających nabiał czy zegarki. Wiadomo, dziś to norma, ale wtedy to było coś wyjątkowego. Choć nie był imponującej postury, to miał niesamowitą kontrolę nad piłką. I boiskową inteligencję, która go wyróżniała. Znakomite zdanie napisał o nim Alfred Polgar: On w zasadzie gra tak, jakby miał mózg w nogach. Do tego pochodził z żydowskiej rodziny, więc grając w Austrii Wiedeń, klubie elit, był symbolem.
„Wunderteam” rozbijał w proch kolejnych rywali – 5:0 ze Szkocją, 5:2 z Francją w Paryżu, 6:0 z Niemcami czy 8:2 z Węgrami. Z Anglią nie udało się wygrać, przegrywając 3:4 w Wiedniu. Nie udało się też zawojować mistrzostw świata. Podczas rozgrywanego w 1934 roku turnieju we Włoszech kadra doszła aż do półfinałów, gdzie została jednak wyeliminowana przez gospodarzy turnieju (0:1). Jak wiele meczów „Squadry Azzurra” w tamtym turnieju, ten też został uznany za kontrowersyjny, bo jedyny gol padł po tym, jak Włosi wepchnęli bramkarza gości do bramki. Sędzia gola uznał, a Benito Mussolini mógł skakać z radości, że na własnym turnieju jego kraj zagra w finale (w którym, a to zaskoczenie, Italia wygrała).
abseits.at
W 1937 roku Meisl zmarł i trzeba było szukać nowego szkoleniowca. Udało się co prawda awansować na kolejny mundial, ten w 1938, ale Anschluss Austrii sprawił, że drużyna została wycofana. Zawodnicy wcześniej grający dla tego kraju musieli występować w połączonej drużynie Niemiec i zajętego kraju. Sindelar nie chciał. Nie dość, że był Żydem, to jeszcze socjaldemokratą. Nie pasował, odrzucał nowy ład. Gdy raz zagrał w połączonej reprezentacji, to masowo marnował okazje. Legenda głosiła, że specjalnie. Więcej nie zagrał, odmawiał. W 1939 roku jego kolega znalazł go we własnym mieszaniu, martwego, z dziewczyną. Oficjalna wersja głosiła, że z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Inne teorie jednak mówiły, że został zamordowany, bo sprzeciwiał się nazistom, Anschlussowi i był demokratą. Prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Simon Kuper pisał później, że jakkolwiek by nie zginął, jego śmierć była symbolem utraty wolności, kultury i przywództwa w piłce przez Wiedeń.
***
Anschluss miał też inne, przykre, konsekwencje. Wielu Żydów tworzących kulturę kawiarnianą musiało z kraju uciekać. Inni trafiali do nazistowskich obozów zagłady. Po wojnie tradycyjne wiedeńskie kawiarnie zniknęły, przegrały konkurencję z włoskimi odpowiednikami. Kultura zanikła. Co prawda nie wiadomo, czy w wyniku śmierci Meisla i zbliżającego się końca kariery Sindelara Austria utrzymałaby się na piłkarskim topie. Pewnie jest to wątpliwe, ale jak napisał Jonathan Wilson, nazizm z pewnością przyspieszył proces zwijania się „Wunderteamu”, do tego niszcząc piękną kulturę.
Czy dzisiejszy zespół Kollera jest w stanie choć trochę nawiązać do tamtych wyczynów lat. 30? Pewnie nie, choć gra i wyniki są niezłe, to na pewno daleko do tego, by na nowo pojawiła się w Austrii taka kultura piłkarska. Piękną, symboliczną kwestią będzie z pewnością to, że swój pierwszy mecz na Euro zagrają z Węgrami – ekipą, która piłkarsko przeszła podobną drogę ze szczytu do brutalnej i szarej codzienności.
Austria drugi raz jedzie na europejski czempionat, z tym że pierwszy występ, w 2008 roku, zaliczyła z racji bycia gospodarzem turnieju. Wówczas piłkarsko mocno odstawała (co nie przeszkodziło jej w zdobyciu punktu w starciu z Polakami), ale dziś sytuacja wygląda nieco inaczej. Ekipa Marcela Kollera bez skrupułów niszczyła kolejnych rywali w eliminacjach, a rankingu FIFA zajmuje 10. lokatę, co sporo mówi o jej potencjale. Czy we Francji zdoła choć trochę nawiązać do słynnego „Wunderteamu” lat 30.?
Owy „Wunderteam” spokojnie mógłby zostać zaklasyfikowany jako jeden z najlepszych zespołów z tych, które nigdy nie wygrały mistrzostwa świata czy Europy. W okresie międzywojennym nie było drużyny grającej atrakcyjniejszy i przyjemniejszy dla oka futbol, zachodząc jednocześnie do półfinału mundialu i wygrywając rozgrywany wówczas Puchar Państw Środkowoeuropejskich (w którym grali m.in. Polacy, Węgrzy, Włosi i parę innych krajów). Styl, klasa, efektowność, jakość – kadra tak dobrze oddawała to, czym wówczas była i nadal jest ich stolica, Wiedeń.
Jakim cudem Austriacy byli taką potęgą? Przyczynili się do tego wyjątkowi ludzie, inne podejście do futbolu niż w uznawanej wówczas za potęgę Anglii, ale i zmieszanie się piłki z kulturą i codziennymi obyczajami.
W tamtych czasach motorem napędowym do rozwoju piłki były dyskusje o grze, jakie często toczyły się między uprawiającymi ten sport, tymi, którzy go uczyli i zajmowali się jego organizacją, i najliczniejszą grupą, która po prostu obserwowała wszystko z wysokości trybun. W Anglii do wymiany poglądów między tymi trzema grupami dochodziło przede wszystkim w pubach. I nie ma co ukrywać, brała w tym udział niemal tylko niższa klasa społeczeństwa, robotnicza. Brakowało intelektualistów.
Inaczej sprawa się miała w Austrii. Gra została rozpropagowana przez pracowników brytyjskiej ambasady, biznesmenów, bankierów. Ale nie została pozostawiona tylko i wyłącznie robotniczej części społeczeństwa.
W szczególności w Wiedniu,w latach 20. i 30. bardzo popularna była kultura kawiarniana. Ludzie przesiadywali w nich całymi dniami. Dlaczego? W stolicy Austrii wielu mieszkało w ciasnych mieszkaniach, brakowało im przestrzeni, dlatego „domy kawowe”, jak określa się je po angielsku, stały się przedłużeniem ich mieszkań. Prawdziwym salonem, pokojem służącym do odpoczynku, relaksu i przyjemności. Inni przychodzili, bo było to centrum życia społecznego. Tam mogli usiąść przy marmurowych stołach, poczytać prasę, porozmawiać. W takich miejscach spotykali się literaci tworzący swoje kolejne dzieła.
Każdy klub miał swoją własną, upatrzoną kawiarnię, gdzie gracze, sympatycy, dyrektorzy i pisarze spotykali się, by podczas wielogodzinnych dyskusji rozprawiać na tematy dotyczące ich ulubionej drużyny. Fani Austrii Wiedeń na przykład robili to w Cafe Parsifal, z kolei ci popierający Rapid Wiedeń gromadzili się w Cafe Holub. Ale centrum wszelkich dysput był Ring Cafe. Jonathan Wilson, „Odwrócona piramida”.
Kawiarnie działały wtedy jak takie demokratyczne kluby, miejsca spotkań, gdzie każdy był mile widziany w dyskusji. Ceną była w zasadzie tylko jedna kawa. Nie trzeba było wiele wydawać, by móc siedzieć godzinami, rozmawiając, pisząc, czytając gazety, grając w karty czy otrzymując swoje przesyłki pocztowe – pisał Stefen Zweig. Zgadza się – niektórzy, np. pisarz i poeta Peter Altenberg, woleli mieć zaadresowaną do siebie pocztę dostarczaną w kawiarniach aniżeli w domach, bo tam częściej przesiadywali. Freud, Kafka i wielu innych w tej atmosferze tworzyło wybitne dzieła. Nie było też lepszego miejsca dla polityków, jeśli chodzi o promocję samych siebie – organizowano wiece, spotkania z wyborcami.
Popularność była tym większa z powodu tego, jak traktowano klienta. Samo kupienie jednej filiżanki kawy pozwalało, by przesiadywać w lokalu godzinami. Klient nie spotykał się z nieprzyjemnymi spojrzeniami ze strony kelnerów, sugerującymi opuszczenie lokalu z powodu zajmowania miejsca – wręcz przeciwnie, regularnie donoszono mu szklankę wody. Takich stałych bywalców nazywano „stamgastami”. Dzięki temu mogli liczyć na to, że ich ulubiony stolik nigdy nie będzie zajęty (nawet jeśli nie składali rezerwacji), czy że obsługa z góry będzie wiedziała, co im podać na wejście.
***
Każdy klub piłkarski miał swoją własną, upatrzoną kawiarnię, gdzie gracze, sympatycy, dyrektorzy i pisarze spotykali się, by podczas wielogodzinnych dyskusji rozprawiać na tematy dotyczące ich ulubionej drużyny. Fani Austrii Wiedeń na przykład robili to w Cafe Parsifal, z kolei ci popierający Rapid Wiedeń gromadzili się w Cafe Holub. Ale centrum wszelkich dysput był Ring Cafe. Będąc wcześniej miejscem regularnych dyskusji o krykiecie, na początku lat 30. temat przewodni zmienił się w piłkę nożną – tak podział kawiarni opisywał w kultowej „Odwróconej piramidzie” Jonathan Wilson.
O Cafe Ring traktował wtedy „Welt am Montag”: jest to rodzaj rewolucyjnego parlamentu, w którym znajomi, przyjaciele i fanatycy futbolu obradują. Żaden klub nie dominuje, bo każdy ma tu swoich przedstawicieli.
Wiele rozmów, działań było napędzanych przez zainteresowaną tematyką żydowską burżuazję, tak liczną w owym czasie w Wiedniu. To właśnie zainteresowanie majętnych Żydów z wyższych sfer sprawiło, że do tak prostej gry nad Dunajem podchodzono w tak wyrafinowany i filozoficzny sposób, co mocno odbiło się później na sposobie gry, jaki prezentował „Wunderteam”.
Choć nie tylko to. Wielki wpływ na późniejszego, wieloletniego trenera Austrii i jej styl gry miał Anglik Jimmy Hogan. Odrzucony na Wyspach, notabene tak naprawdę przez antyintelektualizm angielskiej piłki, trafił na kontynentalną Europę, gdzie próbował znaleźć swoje miejsce. Wyznawał szkołę futbolu, która wtedy była uznawana za szkocką. Anglicy już przechodzili na słynne W-M Herberta Chapmana, a Hogan nadal był wiernym wyznawcą klasycznego 2-3-5. Ale nie o ustawienie tak naprawdę chodziło, ale o sposób gry. Chciał więcej treningów z piłką przy nodze, grania w dużej mierze podaniami po ziemi, a nie opierania swojego planu na grę na fizyczności i długich piłkach. Choć trudno w to teraz uwierzyć, to właśnie Szkoci jako pierwsi grali tak, jak widział to Hogan, zupełnie różniąc się od swoich odwiecznych rywali z południa.
Trenował też w innych krajach, przez które przepływa Dunaj, między innymi na Węgrzech, mając tam spory wpływ na ukształtowanie się węgierskiej złotej jedenastki. Po latach, zwycięstwie na Wembley 6:3 i wielu innych wiktoriach Węgrzy powiedzą: Jimmy Hogan nauczył nas wszystkiego, co wiedzieliśmy o piłce. A w rodzimym kraju zostanie uznany za zdrajcę, bo przecież podpowiadał Madziarom przed wypadem do Londynu, jakie są słabe punkty Anglików. Futbol totalny nie wziął się z niczego. Dziś łączony z Rinusem Michelsem nie powstałby, gdyby nie dziedzictwo pozostawione przez uciekiniera z Wysp.
Jedną z innowacji jak na tamten czas było wykorzystanie napastnika do tego, by cofał się z pierwszej linii bliżej linii środkowej, co świetnie robił gwiazdor kadry, Marcus Sindelar, wykorzystując swoją technikę. Coś, co Anglicy uznawali za herezję, bo przecież snajper był od tego , by stać w polu karnym i czekać na wrzutki.
Hogan sam nie trenował kadry Austrii, ale pomagał w rozwoju piłki w tym kraju i miał wielki wpływ na wieloletniego selekcjonera „Wunderteamu”, Hugo Meisla. Jedną z innowacji jak na tamten czas było wykorzystanie napastnika do tego, by cofał się z pierwszej linii bliżej linii środkowej, co świetnie robił gwiazdor kadry, Marcus Sindelar, wykorzystując swoją technikę. Coś, co Anglicy uznawali za herezję, bo przecież snajper jest od tego, by stać w polu karnym i czekać na wrzutki.
Choć ligę utworzono dopiero w 1924 roku, to na mecze po pewnym czasie przychodziło 40-50 tysięcy osób. Znacznie więcej niż dzisiaj. Sindelar był idealnym zobrazowaniem tego, jak popularną grą była piłka w tamtym czasie w niemieckojęzycznym kraju. Snajper grał w filmach, był twarzą reklamową firm sprzedających nabiał czy zegarki. Wiadomo, dziś to norma, ale wtedy to było coś wyjątkowego. Choć nie był imponującej postury, to miał niesamowitą kontrolę nad piłką. I boiskową inteligencję, która go wyróżniała. Znakomite zdanie napisał o nim Alfred Polgar: On w zasadzie gra tak, jakby miał mózg w nogach. Do tego pochodził z żydowskiej rodziny, więc grając w Austrii Wiedeń, klubie elit, był symbolem.
„Wunderteam” rozbijał w proch kolejnych rywali – 5:0 ze Szkocją, 5:2 z Francją w Paryżu, 6:0 z Niemcami czy 8:2 z Węgrami. Z Anglią nie udało się wygrać, przegrywając 3:4 w Wiedniu. Nie udało się też zawojować mistrzostw świata. Podczas rozgrywanego w 1934 roku turnieju we Włoszech kadra doszła aż do półfinałów, gdzie została jednak wyeliminowana przez gospodarzy turnieju (0:1). Jak wiele meczów „Squadry Azzurra” w tamtym turnieju, ten też został uznany za kontrowersyjny, bo jedyny gol padł po tym, jak Włosi wepchnęli bramkarza gości do bramki. Sędzia gola uznał, a Benito Mussolini mógł skakać z radości, że na własnym turnieju jego kraj zagra w finale (w którym, a to zaskoczenie, Italia wygrała).
abseits.at
W 1937 roku Meisl zmarł i trzeba było szukać nowego szkoleniowca. Udało się co prawda awansować na kolejny mundial, ten w 1938, ale Anschluss Austrii sprawił, że drużyna została wycofana. Zawodnicy wcześniej grający dla tego kraju musieli występować w połączonej drużynie Niemiec i zajętego kraju. Sindelar nie chciał. Nie dość, że był Żydem, to jeszcze socjaldemokratą. Nie pasował, odrzucał nowy ład. Gdy raz zagrał w połączonej reprezentacji, to masowo marnował okazje. Legenda głosiła, że specjalnie. Więcej nie zagrał, odmawiał. W 1939 roku jego kolega znalazł go we własnym mieszaniu, martwego, z dziewczyną. Oficjalna wersja głosiła, że z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Inne teorie jednak mówiły, że został zamordowany, bo sprzeciwiał się nazistom, Anschlussowi i był demokratą. Prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Simon Kuper pisał później, że jakkolwiek by nie zginął, jego śmierć była symbolem utraty wolności, kultury i przywództwa w piłce przez Wiedeń.
***
Anschluss miał też inne, przykre, konsekwencje. Wielu Żydów tworzących kulturę kawiarnianą musiało z kraju uciekać. Inni trafiali do nazistowskich obozów zagłady. Po wojnie tradycyjne wiedeńskie kawiarnie zniknęły, przegrały konkurencję z włoskimi odpowiednikami. Kultura zanikła. Co prawda nie wiadomo, czy w wyniku śmierci Meisla i zbliżającego się końca kariery Sindelara Austria utrzymałaby się na piłkarskim topie. Pewnie jest to wątpliwe, ale jak napisał Jonathan Wilson, nazizm z pewnością przyspieszył proces zwijania się „Wunderteamu”, do tego niszcząc piękną kulturę.
Czy dzisiejszy zespół Kollera jest w stanie choć trochę nawiązać do tamtych wyczynów lat. 30? Pewnie nie, choć gra i wyniki są niezłe, to na pewno daleko do tego, by na nowo pojawiła się w Austrii taka kultura piłkarska. Piękną, symboliczną kwestią będzie z pewnością to, że swój pierwszy mecz na Euro zagrają z Węgrami – ekipą, która piłkarsko przeszła podobną drogę ze szczytu do brutalnej i szarej codzienności.