Nadchodzący rok przynosi ze sobą bodaj najważniejszy w historii polskiego sportu turniej, mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Celem prowadzonej przez Franciszka Smudę reprezentacji Polski jest oczywiście wyjście z grupy. Czy kadra ma na to szansę? Czy my w to wierzymy?
Ze smutkiem czytam i słucham wypowiedzi dziennikarskiej braci dotyczącej naszej drużyny narodowej. Oglądając programy typu „Cafe Futbol”, na próżno oczekuję jakiejś pozytywnej opinii dotyczącej zespołu budowanego przez Franciszka Smudę. W zasadzie każda decyzja trenera jest krytykowana. Na celowniku są powołania, dobór współpracowników oraz sparingpartnerów, wybór bazy służącej piłkarzom podczas Euro. Co ciekawe, zauważyłem, że osoby tworzące program, a więc panowie Borek, Kołtoń oraz Kowalczyk, bardzo często w ostrych słowach ganią ludzi za ich różne decyzje. Oczywiście bardzo często jest to krytyka merytoryczna. Szkopuł tkwi jednak w tym, że gdy dana osoba gości w programie, panowie nie są już tak wygadani.

Zresztą, nie to jest tematem mojego rozważania. Zastanówmy się, jak w środowisku dziennikarskim i kibicowskim odbierana jest reprezentacja. Szczególnie w tym pierwszym, co pokazuje przykład „Cafe Futbol”, kadra jest stale krytykowana. Niezwykle rzadko, czytając gazetę czy oglądając telewizję, mogę zobaczyć materiał, który sprawia, że pragnę się identyfikować z reprezentacją, wierzyć w nią.
Jak już wspomniałem, głównym celem postawionym Franciszkowi Smudzie jest wyjście z grupy na Euro 2012. Po losowaniu grup nie wyobrażam sobie, by reprezentacja mogła tego nie osiągnąć. Z całą pewnością reprezentacje Grecji, Rosji oraz Czech są w naszym zasięgu. Niemniej jednak ów cel znany był już w czasie, gdy Smuda obejmował stanowisko selekcjonera. Skład grupy nie ma więc większego znaczenia, liczy się efekt. Właśnie za ten efekt powinniśmy oceniać „Franza”.
Krytyce podlegają środki, jakimi selekcjoner dąży do wyznaczonego celu. Pytam się jednak, jakim prawem mamy wpływać na jego decyzje? Przecież to tylko Smuda odpowiada za wynik podczas Euro. Niech więc on bierze odpowiedzialność za SWOJE decyzje. Nie naszą rolą jest oceniać coś, czego nie znamy skutków. Czy to dobrze, że reprezentacja zamieszka w hotelu w centrum stolicy? Zdaniem wielu „fachowców” to błąd, ponieważ drużynie towarzyszył będzie ciągły hałas, piłkarze nie będą mogli skupić się na turnieju. Zastanówmy się jednak, co mówiłyby te same osoby, gdyby selekcjoner wybrał np. Grodzisk Wielkopolski lub inną bazę znajdującą się w zacisznym miejscu. W mediach huczałoby, że kadra ucieka od kibiców. Krążyłyby opinie mówiące, że piłkarze nie czują atmosfery. Kto mi powie, że tak by nie było?!
Kolejna sporna kwestia, sparingpartnerzy. Oczywiście Smuda namącił już nam wszystkim w głowie, mówiąc, że za jego kadencji nie będziemy grać z Litwami, Estoniami czy innymi Kazachstanami (nie ubliżając żadnej z tych drużyn). Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Nie trzeba daleko sięgać pamięcią, by przypomnieć sobie ostatniego dość egzotycznego rywala, jakim była olimpijska reprezentacja Bośni i Hercegowiny. Wielcy znawcy krzyczeli wręcz, że taki mecz jest nam niepotrzebny. Zgoda, im nie. Selekcjoner chciał jednak rozegrać to spotkanie i sprawdzić kilku zawodników, mając przedostatnią szansę na wyłowienie kogoś przed ogłoszeniem składu na Euro. Efekt? Smuda przekonał się do błyszczącego w T-Mobile Ekstraklasie Sebastiana Mili. Chyba dobrze, nieprawdaż? Prawdopodobnie gdyby nie mecz z Bośniakami, kapitan Śląska nie znalazłby się w szerokiej kadrze na przyszłoroczny turniej. Jestem przekonany, że wówczas dziennikarze i kibice (o ile Mila utrzyma formę) domagaliby się powołania dla tego piłkarza.











