Mecz piłki nożnej to nie tylko sportowe emocje, bramki, piękne akcje indywidualne czy zespołowe. To także w ogromnej mierze aspekty pozasportowe. Jak rozgraniczyć całość, mogą opowiedzieć kibice, którzy brali udział w pierwszym meczu Śląska na Stadionie Miejskim na wrocławskich Maślicach.
Pierwsze wrażenie, jakie robi stadion? Porażające – jego majestat, wielkość, prawdziwie europejski format skutkują w wytrzeszczaniu oczu przez znaczną chwilę podczas podziwiania ten obiekt. Im bliżej, tym robi się lepiej i bardziej gorąco. Kiełbaski, grillowane mięso, punkty informacyjne, stewardzi panujący nad sytuacją tworzą obraz bliski zachodnim standardom. Przy bramkach może i były kolejki, jednak to zrozumiałe – przy 44 tysiącach osób chcących wejść na trybuny nie mogło zabraknąć kolejek.

Sprawa wewnątrz stadionu wygląda już nieco mniej sympatycznie. W oczy rzuca się bowiem absolutny brak wykończenia, poczynając od podłogi, na koronie stadionu kończąc. Niepomalowane ściany, kable wystające z dziur, które za jakiś czas powinny zamienić się w gniazdka, czy internet na trybunie dla mediów dostarczany przewodowo nie zachęcają. Mimo to, mimo wszelkich przeciwwskazań, jakie postawił Stadion Miejski sam w sobie, kibice bawili się na spotkaniu znakomicie, choć mecz na kolana nie powalił. Nie powalił na nic.
Wstępne informacje wypływające z kas przed meczem – władze przewidują komplet widzów na inaugurację. Pół godziny przed rozpoczęciem spotkania frekwencja mimo to nie zachwycała, jednak widać było, że z minuty na minutę sukcesywnie kibiców przybywa i nie zamierzają szybko przestać. Sympatyków obydwu zespołów jeszcze przed meczem rozgrzewał charyzmatyczny Andrzej Gliniak, do spółki z największymi radiowymi hitami, które można było usłyszeć z głośników.
Dodatkowo przed meczem pokazano specjalny film, który przedstawiał krótką historię Śląska po objęciu sterów przez Oresta Lenczyka. Oczywiście, nie mogło zabraknąć wypowiedzi kibiców czy samego trenera, który niejednokrotnie porównywał wrocławski klub do łodzi, którą wyciągnął na powierzchnię. Apogeum emocji nastąpiło z pierwszym gwizdkiem, co jest w stu procentach logiczne. Wtedy każdy, ale to każdy kibic na stadionie, z różną częstotliwością, śpiewał, krzyczał, skakał, wiwatował szalikiem, pokazując, jak wrocławska publiczność potrafi dopingować Śląsk.












