To nie sen ani nie film. Polska zagrała kolejny świetny mecz i wynikiem 3:1 z Czechami przypieczętowała rok sukcesów biało-czerwonej armii. W końcu udało się też odczarować Stadion Miejski we Wrocławiu.
Polska piłka ma ostatnio dużego pecha. Najpierw występ „Orłów Nawałki” przyćmił zamach islamskich radykalistów, którzy zaatakowali Paryż, mordując w kilku miejscach stolicy Francji ponad setkę ludzi. Potem dobre występy przyćmiła „afera kibicowska” i odesłanie do domów: Lewandowskiego, Krychowiaka, Błaszczykowskiego i Fabiańskiego. Zdenerwowani fani żądali zwrotu pieniędzy za bilety – wszak jedenastu piłkarzy bez tej czwórki nie stanowi już kadry Polski tylko zlepek jakichś tam piłkarzy. A to, że nie ma sensu nadmiernie eksploatować ich, biorąc pod uwagę jak trudny sezon nam się zapowiada? Jak to mówi internetowy klasyk: who cares? Dzisiaj jak grom z jasnego nieba runęła na nas informacja, że mecz Holandia – Niemcy został odwołany. Ewaukowano cały stadion oraz jeden koncert w Hanowerze.
Wielkie nieszczęście co chwila spotyka również Ariela Borysiuka. Co z tego, że solidny w środku pola, co z tego, że gra regularnie. Niezależnie od tego, w jakiej byłby formie, jest przyspawany do kadrowej ławki i pojawia się jedynie jako zmiennik. Dziesięć meczów w kadrze – głównie w spotkaniach o pietruszkę (sparingi z Bośniakami i Mołdawią) lub krótkie epizody (minuta w meczu z Anglikami). Dzisiaj na swoje konto dopisał kolejne kilkanaście minut.
Szczęście spotkało za to Stadion Miejski we Wrocławiu, który w końcu wypełnił się dziesiątkami tysięcy spragnionych futbolu kibiców. Liczba fanów wreszcie dorównała wielkości areny. Szkoda, że tak ładny obiekt jest w stanie zaspokoić oczekiwania jedynie podczas wielkich wydarzeń, a nie co dwa tygodnie na spotkaniach Śląska Wrocław. Na trybunach zasiadło 40 793 widzów.
Jeśli ktoś miał tak genialnie rozpocząć to spotkanie, mógł to być tylko on – Bartosz Kapustka, który bezpardonowo przechwycił podanie jednego z czeskich środkowych obrońców i ruszył z genialną kontrą, którą zakończył jeszcze genialniejszym dośrodkowaniem w pole karne. Tam już czekał Arkadiusz Milik, który bardzo by zgrzeszył, gdyby zmarnował taką setkę. Jeszcze w lutym mówił: – Mój cel jest taki, żeby najpierw zasuwać na treningach, pracować jak najlepiej, a potem już w trakcie meczów udowadniać, że zasługuję na podstawowy skład. Bardzo się cieszę, że w piątek zagrałem – dziś może cieszyć się z kolejnej asysty w biało-czerwonej koszulce – nie Cracovii, ale reprezentacji Polski.
https://www.youtube.com/watch?v=cNwU8tnOJfE
Podopieczni Adama Nawałki robili wszystko, żeby uprzykrzyć życie Petrowi Cechowi, który świętował dzisiaj wyrównanie rekordu Karela Poborskyego w liczbie występów w reprezentacyjnym trykocie. 118. wybiegnięcie na boisko w meczu seniorskiej reprezentacji nie dało mu okazji do świętowania – w jedenaście minut dwukrotnie zmuszony był do wyciągania piłki z siatki. Najpierw zmusił go do tego napastnik Ajaksu Amsterdam, a potem po genialnym dośrodkowaniu Arka Tomasz Jodłowiec.
Dzisiejsze spotkanie przypominało mecz bokserski. Po pierwsze ze względu na atmosferę: jeszcze przed spotkaniem w Michaela Buffera zabawił się spiker meczu, który anonsował kadrę Polski niczym wchodzących na ring bokserów. Po drugie Czesi po straconych bramkach wyglądali jak bokser po dwóch nokdaunach – z czasem zrozumieli, że jeśli nie zaczną walczyć, to zostaną wypunktowani i stracą szansę na zwycięstwo. Na boisku czuli się coraz pewniej i ruszyli do ataku na polską bramkę. Nasi zawodnicy nie wystrzegali się błędów, więc kilkakrotnie przyprawiali naszych kibiców o skoki ciśnienia. Gracze w czerwonych strojach nie potrafili jednak skierować piłki do bramki strzeżonej przez Artura Boruca, aż w 41. minucie błąd, tym razem Tomasza Jodłowca, wykorzystał Ladislav Krejci.










