Liga Mistrzów ponownie zawitała do Warszawy. Jeszcze nie w wydaniu fazy grupowej, jeszcze nie przy pełnych trybunach, bez hymnu, ale wróciła! Mecz z St. Patrick’s Athletic miał być pierwszym poważnym sprawdzianem dla stołecznej drużyny. Jaką notę możemy wystawić „Wojskowym” z tego egzaminu?
Dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Jakub Sośnicki napisał, że gdy włączył telewizję publiczną, wydało mu się, że rywalem stołecznej Legii jest FC Barcelona. Wyjazdowe stroje „Świętych” rzeczywiście przypominały te, w których biegają zawodnicy z klubu z Katalonii, jednak już po pierwszych minutach było widać różnicę klas między „wkładami” do trykotów. „Pats” szybko dali zepchnąć się do defensywy i zmuszeni byli do gry prostymi schematami. St. Patrick’s i Barcelonę różni coś jeszcze. Przyciąganie ludzi na trybuny. Na pierwszym meczu w eliminacjach Champions League zapełniono niecałe pół stadionu – pytanie: co bardziej odstraszyło kibiców? Ceny biletów, okres urlopowy czy rywal? Trudno powiedzieć.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że od pierwszych minut zawodził Helio Pinto, czyli ten, który miał być bramą do Champions League. Zawodnik, który miał okazję występować w Lidze Mistrzów z APOEL-em Nikozja, był bardzo sztywny. Nie chodzi tylko o to, że trzymał się swojej pozycji, ale zdecydowanie przesadzał z brakiem podejmowania jakiegokolwiek ryzyka czy próby improwizacji. Znakomicie było to widać w 54. minucie. Michał Żyro idealnie wybiegał na sytuację sam na sam z golkiperem rywala. Zawodnik z nr 32 na koszulce zwlekał tak długo, że obrońcy w końcu wykluczyli go z gry. I można powiedzieć, że mógł go nie widzieć. Jasne, gdyby nie to, że Polak machał rękoma kilka dobrych sekund.
Sprawdziły się również słowa Simona O’Gormana, który w przedmeczowej rozmowie powiedział nam, że St. Patrick’s Athletic nie muszą atakować: – Piłkarze z Irlandii będą zdeterminowani do strzelenia gola – są do tego zdolni. Jeśli potem skupią się na defensywie przez 90 minut, mogą mieć potem szansę na walkę u siebie – z góry nastawiona na atak ekipa wyszła na spotkanie z dwoma defensywnymi pomocnikami, jednak potrafiła zagrozić mistrzowi Polski. Kilkakrotnie musiał interweniować Kuciak. Momentami było widać, że „Wojskowi” odpuszczali krycie zawodników i rezygnowali z blokowania strzałów czy podań.
Na boisku podobać się mógł Marek Saganowski, który po kwadransie zmienił Orlando Sa. Doświadczony napastnik często cofał się w okolice 30. metra przed bramką golkipera „Świętych” i brał się za rozgrywanie piłki. Szkoda, że młodym graczom momentami brakowało tej improwizacji, próby złamania taktyki czy chęci zagrania niekonwencjonalnie. Efektownie próbował grać również Kuba Kosecki. Skrzydłowy próbował wchodzić w pole karne, strzelać z daleka czy wykorzystywać swoją prędkość. Większość wypracowanych przez siebie akcji kończył sam, jednak nie był to przejaw egoizmu, ale… braku kolegów w „szesnastce”. W pewnym momencie zawodników zabrakło nawet we własnym polu karnym. Kilka świetnych podań, nonszalancja w wykonaniu „Świętych” i Duszan Kuciak wściekle wymachiwał w stronę swoich defensorów. Fagan, na którego zawodnicy Legii mieli uważać, bezczelnie wbiegł w pole karne i po podaniu wpakował piłkę obok bezradnego Słowaka. Chwilę później mogło być 2:0, jednak piłkę sprzed linii bramkowej wybił ratujący sytuację obrońca. Jeżeli tak mistrz Polski gra ze studentami i półamatorami z Irlandii, to… To właściwie co? Legioniści to amatorzy?











