„Nowak!” – krzyknął ktoś z lewej. „Co?! Chyba jesteś głupi! Tylko Fornalik może coś zmienić” – odburknął nieźle ubrany jegomość siedzący gdzieś pośrodku sali. „I po co te nerwy? Po co te durne pokrzykiwania? Nie znacie się. Gamonie. Tu trzeba kogoś z wizją. Kogoś nowego. Kogoś z mocnym charakterem. Taki Probierz. To byłby trener” – rzucił z pogardą mężczyzna w średnim wieku zajmujący stolik w prawym rogu sali.
Później dyskusja toczyła się już swoim życiem. Atmosfera robiła się coraz gęstsza, a niektórzy goście, przewidując rychłą awanturę, zaczynali nieśpiesznym krokiem opuszczać salę. Ci, którzy zostali, przyłączyli się do dyskusji. Zaczęły się tworzyć obozy, koalicje, grupki. Niektórzy zmieniali miejsce i ostentacyjnie prezentując swoją pogardę dla innych, przesiadali się w pobliże tych, z którymi się zgadzali.

Robiło się coraz głośniej. Alkohol uderzał do głowy, padały coraz mocniejsze słowa. Takie, jakich nie powstydziliby się panowie spędzający połowę swojego życia w pobliżu nieeksluzywnych budek z piwem.
I tylko jeden facet, siedzący samotnie przy barze wykształciuch w okularach, nie brał udziału w tym marnym przedstawieniu. Siedział ze wzrokiem wbitym w dno szklanki z piwem, które powoli sączył. Jego skupienie i zamyślenie było odwrotnie proporcjonalne do ilości złocistego płynu w kuflu. Właściwie to gapił się tak, jakby z dna szklanki chciał wyczytać odpowiedź na frapujące wszystkich pytanie: kto powinien być selekcjonerem reprezentacji Polski? I drugie, które męczyło już tylko jego: po co oni się kłócą?
– To śmieszne – pomyślał – groteskowe wręcz. O co oni się kłócą? Po co te wyzwiska? I dlaczego nikt nie podaje argumentów? No, chyba że za takie przyjmiemy stwierdzenie: Fornalik/Probierz/Nowak, bo tak. Bo jest najlepszy! I już! Basta. Myślisz pan inaczej? Toś głupi!
Uśmiechnął się pod nosem, bo nie wiedzieć czemu przypomniały mu się czasy przedszkola i wierszyk Jana Brzechwy „Na straganie”. – O tak. Stragan. Tak się czuję, jak na straganie. Wypił ostatni łyk piwa i znowu się uśmiechnął. Tym razem przypomniał sobie trzy wersy tego wiersza. – Moi drodzy, po co kłótnie? Po co wasze swary głupie? Wnet i tak zginiemy w grupie! – powiedział do siebie cicho pod nosem. Wtedy zdał sobie sprawę, że tam chyba było w zupie, ale przecież do tej sytuacji lepiej pasuje w grupie. A i rym zachowany, więc fajnie mu się to ułożyło. Zadowolony z siebie, zapłacił barmanowi za piwo i powolnym krokiem wyszedł z lokalu.
Na zewnątrz było już ciemno. Słońce dawno schowało się za horyzontem, ale wieczór był ciepły, więc bez wahania zadecydował, że wróci do domu pieszo. – – pomyślał. Szedł wolnym krokiem i mimowolnie zaczął rozmyślać o tym, kto powinien przejąć kadrę. –











