Odkąd Franciszek Smuda piastuje funkcję selekcjonera reprezentacji Polski, wiele razy zachował się nieprzewidywalnie. Raz coś postanawiał, innym razem się z tego wycofywał. Im lepiej poznajemy „Franza”, tym bardziej owa nieprzewidywalność robi się… przewidywalna.
Każdy, kto zna się na piłce, wie, że czynnikiem niezbędnym, albo przynajmniej bardzo istotnym, w zbudowaniu solidnej drużyny jest charyzma trenera i autorytet, którym powinien się on cieszyć u swoich podopiecznych. Szkoleniowiec idealny posiada ogromne piłkarskie doświadczenie, swobodnie czuje się w kontaktach z mediami, a wobec piłkarzy jest stanowczy, ale i sprawiedliwy. Taki nie musi autorytetu budować, po prostu go ma. Gdy któregoś z wymienionych elementów brakuje, trzeba nadrabiać pozostałymi.

Jak pogrupować pod tym kątem poprzednich selekcjonerów kadry? Engel – w piłkę nie grał, kontakty z mediami były niewątpliwym atutem, w kontaktach z piłkarzami było różnie, był raczej traktowany jako dobry wujek niż szef. Janas – odwrotnie, piękna kariera, bardzo niemedialny, ale piłkarzy przez całą kadencję trzymał w ryzach. Beenhakker? Na początku widziany jako zbawca, zarówno przez media, jak i zawodników, później sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Bywało zatem różnie (przygoda Stefana Majewskiego z kadrą była tak krótka, że nie warto o niej wspominać). A jak na tym tle prezentuje się Smuda?
Niemal dokładnie mamy tu do czynienia z powieleniem scenariusza, który przerabialiśmy za rządów holenderskiego maga. „Franz” został namaszczony na selekcjonera przez naród, zarówno kibice, jak i dziennikarze uważali go za najlepszego kandydata, zatem PZPN, nie chcąc się pogrążać, uległ presji społecznej i powołał go na stanowisko. Zaczęło się więc świetnie, wielkie nadzieje, mnóstwo czasu do Euro, a za wyniki będzie odpowiadał człowiek, który ewidentnie zna się na rzeczy. Smuda zarzekał się, że podejmując decyzje, nie będzie się na nikogo oglądał i nie będzie od nich odwrotu. Brawo.
Problem w tym, że te wszystkie słowa okazały się rzucane na wiatr. Dlaczego? Powodów jest kilka. Złośliwi powiedzą, że powodem jest po prostu niedobór szarych komórek w mózgu selekcjonera. Życzliwi, że w naszych realiach trzeba być przede wszystkim elastycznym, tylko wół bowiem nie zmienia zdania. Faktem jest, że „Franz” za często obiecuje, za często opowiada farmazony, z których później musi się wycofywać rakiem i gęsto tłumaczyć. Przykłady:
– W mojej reprezentacji będą grać tylko ci, którzy grają w klubach.
Selekcjoner reprezentacji Polski nie może tak powiedzieć. Za mało mamy zawodników na odpowiednio wysokim poziomie, za mała jest konkurencja na poszczególnych pozycjach. Każdy wie, że siedzący na ławie Błaszczykowski i tak dostanie powołanie i zagra lepiej niż ktokolwiek inny.











