13. kolejka nie była szczęśliwa dla Jakuba Błaszczykowskiego, graczy Werderu Brema czy Armina Veha. W lepszym humorze za to jest Vedad Ibisević, który przypomniał się kibicom w Niemczech. Gracz tyleż utalentowany, co pechowy.
W premierowym sezonie drużyny Hoffenheim w Bundeslidze Bośniak imponował skutecznością i głównie dzięki jego 18 trafieniom „Wieśniacy” prowadzili w tabeli po rundzie jesiennej. Niestety przykra kontuzja Ibisevicia (zerwanie więzadeł w towarzyskim meczu i półroczny rozbrat z ligową piłką) spowodowała, że ekipa Ralfa Rangnicka mogła zapomnieć o tytule i ostatecznie TSG zakończyło sezon na siódmej pozycji.
Ibisević wrócił na boiska Bundesligi 8 sierpnia w starciu z Bayernem Monachium, ale po ponad godzinie gry został zmieniony przez Brazylijczyka Maicosuela. Tak naprawdę całe rozgrywki 2009/2010 dla Bośniaka, jak i całego zespołu, były po prostu słabe (jedenasta lokata). Niby 12 goli to wynik przyzwoity dla napastnika, ale w aż 25 spotkaniach Ibisević nie potrafił wpisać się na listę strzelców. A to już powód do wstydu!
Bieżący sezon miał być przełomowy. „Wieśniacy” obecnie dysponują świetną ofensywą, w której brylują Gylfi Sigurdsson, Sebastian Rudy, Sejad Salihović, Demba Ba oraz Peniel Mlapa. Do 12. kolejki od dobrej formy kolegów odstawał Ibisević, który kompletował czwórki i piątki w notowaniach „Kickera”, a do bramki rywali trafiał od święta.
13. seria spotkań przyniosła przełom. Bośniak zaliczył dwa trafienia w przeciągu 120 sekund i wreszcie w pełni mógł cieszyć się ze zwycięstwa swojej drużyny nad Eintrachtem Frankfurt.
Ibisević to klasowy napastnik, tylko trochę brakuje mu szczęścia. Ale warto pamiętać, że fortuna kołem się toczy, zwłaszcza na boiskach Bundesligi…
PS Lubię statystyki. Zwłaszcza te, które dobrze reklamują polskich piłkarzy. Robert Lewandowski w obecnym sezonie w lidze niemieckiej rozegrał 236 minut, a na listę strzelców wpisał się czterokrotnie. Średnio „Lewy” trafia co 59 minut. Panie Klopp, statystyki nie kłamią, Robert na boisko!








