Po roku przerwy Hertha Berlin wraca tam, gdzie jej miejsce – do Bundesligi. Jak przebiegała banicja „Starej Damy”? Dlaczego w ogóle znalazła się ona w 2. lidze? Czego możemy się po niej spodziewać w przyszłym sezonie? O tym, i nie tylko, w tym artykule.
Ostatnie lata w wykonaniu Herthy były naprawdę ciekawe i żeby niczego nie pominąć, musimy cofnąć się w czasie do sezonu 2008/2009. Berlińczycy grali wtedy naprawdę dobrze. Na własnym stadionie przegrali tylko dwa razy, nieźle prezentowali się na wyjazdach i ostatecznie zakończyli sezon na 4. miejscu z zaledwie sześcioma punktami straty do lidera – VfL Wolfsburg. Warto wspomnieć, że w tym samym czasie z Bundesligą pożegnała się Arminia Bielefeld, której barwy reprezentował Artur Wichniarek. Polski napastnik ustrzelił aż 13 bramek, co skłoniło włodarzy Herthy do sięgnięcia po tego zawodnika. W Berlinie występował wtedy także Łukasz Piszczek.
Dla Wichniarka nie był to pierwszy kontakt ze stolicą, gdyż grał tu już parę lat wcześniej, ale okresu tamtej współpracy dobrze nie wspominała żadna ze stron. Teraz miało być inaczej. Hertha po zajęciu dobrego miejsca miała ochotę na wojaże w Europie i utrzymanie silnej pozycji w lidze, a Wichniarek, mając do dyspozycji lepszych partnerów, chciał poprawić swój zeszłoroczny dorobek strzelecki. Tymczasem szybko okazało się, że „Król Artur” ponownie będzie walczył o utrzymanie. Hertha grała beznadziejnie, tragicznie, fatalnie… Przedsezonowe sparingi wypadły całkiem nieźle, zespół wygrywał i nic nie zapowiadało tak słabej dyspozycji w meczach o punkty. Nikt nie potrafił tego wytłumaczyć. Kibice byli wściekli, a w klubie leciały głowy. Spora fala krytyki spadła m.in. na Wichniarka, który w całym sezonie zdobył tylko jedną bramkę. W ten oto sposób, w ciągu roku, Hertha z zespołu walczącego o europejskie puchary stała się drużyną walczącą o utrzymanie. W Berlinie tę walkę jednak przegrali. Nie pomogło zatrudnienie Friedhelma Funkela, który po spadku drużyny stracił pracę. Z klubu odeszło też kilku czołowych graczy, w tym Łukasz Piszczek. Niewątpliwie degradacja „Starej Damy” była największą niespodzianką, wręcz sensacją, całego sezonu.
Hertha spadła do 2. ligi z jasnym celem – jak najszybciej wrócić do Bundesligi. Misję tę powierzono Markusowi Babbelowi, który wywiązał się ze swojego zadania wzorowo. „Stara Dama” odżyła i zaczęła prezentować zupełnie inną piłkę niż przed rokiem. Drużyna została oparta na mieszance doświadczonych graczy z kilkoma młodymi talentami, co razem dało świetny efekt. Bardzo dobrze spisał się Michael Preetz, który zatrzymał w klubie kogo się dało i dokonał, być może nie spektakularnych, ale za to naprawdę solidnych transferów. Zdecydowanie najgłośniej było o fenomenalnym 19-latku – Pierre-Michel Lasoggi. Młody napastnik nie dość, że wygrał rywalizację z Robem Friendem, to jeszcze stał się czołowym strzelcem drużyny. Na pochwały zasługują także chociażby Niemeyer, Mijatović czy Ramos, ale tak naprawdę za styl, w jakim Hertha grała w 2.Bundeslidze, brawa należą się całemu zespołowi.
Klub z Berlina był nazywany nawet „Bayernem Monachium drugiej ligi” i nie były to słowa rzucane na wiatr. „Stara Dama” na stałe wskoczyła na pozycję lidera w 19. kolejce i nie oddała tego miejsca już do końca rozgrywek, dysponując najskuteczniejszym atakiem i jedną z najmocniejszych linii obronnych całych rozgrywek. Ostatecznie w całym sezonie zespół zgromadził 74 punkty i miał dziewięć oczek przewagi nad drugim FC Augsburg. Mimo że Hertha zapewniła sobie triumf już 25 kwietnia, pokonując 1:0 MSV Duisburg, to do końca sezonu walczyła o zwycięstwa we wszystkich spotkaniach.








