Na zakończenie 7. serii spotkań T-Mobile Ekstraklasy PGE GKS Bełchatów zawitał na stadion przy ulicy Reymonta w Krakowie, by popsuć humory mistrzom kraju. Niespodzianki jednak nie było i Wisła po dwóch trafieniach Davida Bitona ograła gości 2:0.
Przedmeczowe zapowiedzi piłkarzy PGE GKS-u były bardzo szumne i odważne. Wiedzieli z jak klasowym zespołem będą mieli do czynienia, ale mobilizacja przez cały tydzień była tak wielka, że bez obaw mówili o sprawieniu niespodzianki w Krakowie, tym bardziej że ich dorobek punktowy był bardzo mizerny.

W Wiśle zaś nastroje były mieszane po tym, jak przed tygodniem udało się z bardzo trudnego terenu w Poznaniu wywieźć komplet punktów po świetnej grze, ale w tygodniu w słabym stylu zawodnicy z Krakowa dali się ograć Duńczykom z Odense.
Pierwsi w poniedziałkowy wieczór zaatakowali goście, którzy nie przestraszyli się imponującego, lecz świecącego pustkami, stadionu. Już w drugiej minucie spotkania doskonałą piłkę w pole karne posłał Kamil Kosowski, powracający do Krakowa już w koszulce innego zespołu, a na końcu tego zagrania odnalazł się Tomasz Wróbel. Pomocnik Bełchatowa uderzył po dłuższym słupku, ale zabrakło centymetrów, by wynik uległ zmianie.
Wisła odpowiedziała, ale tylko niecelnymi strzałami. Najpierw Lamey uderzał głową po rzucie rożnym, a jeszcze w pierwszym kwadransie z dystansu próbowali Radek Sobolewski i Patryk Małecki. Sapela jednak nie musiał się zupełnie kłopotać takimi okazjami.
Po 20 minutach do grona strzelających dołączył również Andraż Kirm, choć jego strzał mógł najbardziej wystraszyć golkipera przyjezdnych, gdyż próba ominięcia muru z rzutu wolnego w niewielkiej odległości minęła jego bramkę. Chwilę później do kontrowersji zaliczyć trzeba dotknięcie piłki ręką w swojej „szesnastce” Mate Lacicia. Sędzia Krztoń albo nie widział całego zajścia, albo uznał, iż nie było w tym umyślności. Znaleźliby się jednak arbitrzy, którzy nie mieliby wątpliwości, pokazując na wapno.

Wisła próbowała zdominować rywala, lecz podopieczni Kamila Kieresia nie dawali za wygraną. Próbowali się odgryźć, szukając długimi podaniami do przodu Marcina Żewłakowa. W sytuacjach klarownych coraz bardziej jednak ustępowali „Białej Gwieździe”.












