Koncertowy mecz tria Mila – Ćwielong – Gikiewicz daje Śląskowi okazałe zwycięstwo nad krakowską Wisłą 3:0. „Biała Gwiazda” bez błysku, a ekipa trenera Levy'ego wraca do gry o puchary.

Drugi z piątkowych spotkań 27. kolejki TME rozpoczął się z wysokiego C. Ledwo minęło 60 sekund, a tutaj akcja dwóch blondynów – Mili i Patejuka – zakończyła się golem tego drugiego. Najpierw były gracz Podbeskidzia odebrał piłkę w środku pola, oddał ją kapitanowi Śląska, który w swoim stylu wypuścił skrzydłowego Śląska na wolne pole, a ten mocnym strzałem w krótki róg nie dał szans Miśkiewiczowi. Później mecz nie opiewał w fajerwerki, ale z pewnością nie był nudny. Dopiero w 26. minucie pięknym wolejem popisał się Ćwielong, jednak zabrakło nieco więcej precyzji w tym zgrabnym uderzeniu. Wiśle brakowało tego, czym imponowała w meczu z Koroną, czyli ducha walki, zaangażowania w grę na 120%. Poza strzałem Sarkiego i główce Sikorskiego nie pokazała nic, co warto byłoby obejrzeć.
Tuż przed przerwą Śląsk ukłuł po raz drugi. I to w jakim stylu! Ćwielong do Mili, Mila do Ćwielonga, Ćwielong jeszcze raz do Mili, ten z kolei dogrywa na piąty metr, tam jest Gikiewicz, który strzałem z prawej nogi wykańcza cudowną akcję wrocławian. Gospodarze grali lepiej, potrafili wykorzystać słabsze momenty rywala i nie pozwolili sobie na chwile dekoncentracji. W efekcie schodząc na przerwę, prowadzili dwoma bramkami. Najjaśniejszym punktem wrocławian oczywiście Sebastian Mila, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Druga połowa, 55. minuta i mamy małe deja vu. Znów w akcji to samo trio – Mila cudownie do Ćwielonga, ten z pomocą Chaveza dogrywa na pole karne do Gikiewicza, który precyzyjnie z kilku metrów pakuje piłkę pod poprzeczkę bramki Wisły. Nie dało się zrobić tego lepiej. „Biała Gwiazda” obudziła się dopiero po kwadransie drugiej części gry za sprawą potężnego uderzenie Kosowskiego z 25 metrów, ale na posterunku był Gikiewicz. Tak samo był w 75. minucie, gdy podanie wprowadzonego wcześniej Genkowa znów kończył „Kosa”, ale jego plasowany strzał doskonale bronił golkiper gospodarzy.
Do końca nie zobaczyliśmy już bramek i mecz skończył się wynikiem ustalonym dziesięć minut po przerwie. Zabójcza gra ofensywna Śląska, a szczególnie tria Mila – Ćwielong – Gikiewicz z wspomagającym Patejukiem. Wiśle brakowało… wszystkiego. Na początku głupi błąd w ustawieniu i przegrywała już w 2. minucie, później nie potrafiła stworzyć sobie sytuacji, więc dostała drugiego gwoździa tuż przed przerwą. Jednak cóż zrobić, gdy najbardziej wybieganym i najgroźniejszym zawodnikiem „Białej Gwiazdy” jest niemal 36-letni Kosowski?
wisla skisla