Wisła Kraków zremisowała bezbramkowo ze Śląskiem Wrocław. Poziom w tym spotkaniu pozostawiał wiele do życzenia. Żadna z drużyn nie potrafiła stworzyć sobie klarownej sytuacji. Celne strzały na bramkę można policzyć na palcach jednej ręki.
W pierwszych dziesięciu minutach spotkania ciężko było dopatrzeć się jakiejś dogodnej sytuacji. Oba zespoły starały się przede wszystkim realizować założenia taktyczne, jakie przed mecze nakreślili im szkoleniowcy.

Pierwszy błąd popełnili obrońcy Śląska Wrocław. Bardzo ładną akcją popisał się Cezary Wilk, który minął z łatwością Amira Spahicia. Zagrał piłkę w pole karne, tam ładnie znalazł się Maciej Żurawski i zagrał piłkę do Nourdina Boukhariego, ale ta po strzale piłkarza Wisły trafiła w rzucającego się w dany róg Kelemena.
Już po 15 minutach można było zauważyć, że Orest Lenczyk nakazał swoim piłkarzom, przede wszystkim bronienia dostępu do własnej bramki. W pewnym momencie zawodnicy z Dolnego Śląska stworzyli nawet hokejowy zamek i piłkarze „Białej Gwiazdy” musieli się mocno napracować, aby rozmontować obronę Śląska.
Wisła miała ogromną przewagę. Dobre zawody rozgrywał wspomniany już wcześniej Wilk. W 20. minucie zagrał ładną piłkę na lewą stronę boiska, tam był już Patryk Małecki, lecz jego dośrodkowanie przeciął Piotr Celeban.
Śląsk przebudził się między 21. a 23. minutą. Najpierw po kombinacyjnej akcji o strzał na bramkę pokusił się Sebastian Mila, ale nie trafił w jej światło. Następnie w dobrej sytuacji znalazł się Piotr Ćwielong, lecz uderzył prosto w nogi Mariusza Pawełka.
Dalsza część gry obfitowała w wiele niedokładnych zagrań z obu stron. Mecz stał się bardziej wyrównany, tak jakby wrocławianie poczuli, że podopiecznym trenera Maaskanta, można strzelić gola. Przemysław Kaźmierczak zdecydował się na strzał zza pola karnego, jednak prosto w golkipera spod Wawelu. Potem przeraźliwy błąd Bunozy, który nie trafił dwa razy w piłkę we własnym polu karnym, starał się wykorzystać, Cristian Omar Diaz, ale Argentyńczyk strzelił prosto w Kowalskiego.
Na pewno w podsumowaniu pierwszej połowy należy uwzględnić, że strzałów na bramkę było jak na lekarstwo. Ani wiślacy, ani piłkarze Śląska nie potrafili skonstruować akcji bocznymi strefami boiska. Kibice zaprzyjaźnionych klubów musieli sami rozgrzewać się na trybunach, gdyż piłkarze do tej pory nie potrafili stworzyć dobrego widowiska.












