Wisła. Po erze pełnej sukcesów, wielkich meczach z Lazio, Parmą czy nawet Barceloną, po emocjach, jakie fundowali nam Maciej Żurawski, Tomasz Frankowski czy Paweł Brożek, spada w przepaść. Staje się szarym, przeciętnym uczestnikiem rozgrywek o nazwie T-Mobile Ekstraklasa. I pozostaje cisza i dziwne zakłopotanie, kiedy publicznie stawia się pytanie: Dlaczego…?
To dobre pytanie. Żeby na nie odpowiedzieć, trzeba cofnąć się parę lat wstecz. Otóż były takie czasy, kiedy właściciela klubu, Bogusława Cupiała, ogarnęła mania Ligi Mistrzów. Początkowo była to bardzo pozytywna mania, która pchała klub ku lepszemu. Jednak mimo najszczerszych chęci zawsze było to pchanie pod górkę. A to losowanie było niekorzystne, a to w ostatniej chwili Panathinaikos pogrzebał marzenia, a to nieporozumienia w drużynie i decyzja o zwolnieniu Petrescu. Na domiar złego przytrafiły się też pucharowe kompromitacje, które mocno wstrząsnęły psychiką właściciela. Sfrustrowany syzyfową pracą prezes przestał zauważać, w jakim kierunku pchają klub jego kolejne decyzje. Zatrudnienie trenerów spoza kraju, którzy mieli zielone światło na wdrożenie prywatnej polityki transferowej, nie wyszło klubowi na dobre. Cupiał był tak sfrustrowany żądzą Ligi Mistrzów, że dał się omamić wizją tych trenerów i przede wszystkim zachłannych menedżerów.

Wisła była zespołem, który zapewniał wysokie standardy. Spośród klubów ekstraklasy była płacowym kominem. Dopóki wyniki były przyzwoite, nikt nie przejmował się wysokością tego komina i z godnym podziwu optymizmem przyjmowano kolejnych piłkarzy z zagranicy, którzy ściągali do Krakowa tabunami. A że taki Dolha odszedł za darmo? Szczegół. A że nie poznano się na talencie Magiery? Drobiazg. W Krakowie panował model, który dawał przewagę takim piłkarzom, jak: Hristu Chiacu, Norbert Varga, Marek Penksa, Alberto Antonio de Paula (kto go jeszcze pamięta?), Branko Radovanović, Dudu Omagbemi, Tomas Jirska, Ilie Cebanu, Michael Thwaite, Jacob Burns, Peter Singlar, Issa Ba, Nourdin Boukhari, Michael Lamey, Kew Jaliens, Serge Branco, Dragan Paljić, Erik Cikos, Milan Jovanić, Ivica Iliev, Andres Rios, Georgi Hristov, Marko Jovanović, Gervasio Nunez, Jan Frederiksen, Romell Quioto, a także: Cleber, Marcelo, Andraz Kirm, Junior Diaz, Maor Melikson, Osman Chavez, Sergiej Parejko, Dudu Biton i w końcu Cwetan Genkow. Spróbujcie teraz wymienić te nazwiska jednym tchem, uprzedzam jednak, że ryzykujecie uduszenie.
Polityka transferowa władz klubu zrobiła z niego tymczasowy przystanek. Nie mowa tu o miejskim dworcu, ale o wiejskim przystanku, który często jest miejscem spotkań szukających rozrywki mieszkańców. Dla wielu z tych piłkarzy Wisła była właśnie takim przystankiem, do którego przyjechali, kopnęli piłkę, zabili trochę czasu, a przy okazji zarobili parę groszy. Wydaje się, że politykę transferową powinna nakreślać jakaś strategia, jakaś myśl, która łączyłaby teraźniejszość z przyszłością. W Wiśle tego zabrakło i z tej przyczyny zrobił się burdel.











