Przed początkiem obecnego sezonu raczej nikt się nie spodziewał, że pałeczka ligowego lidera wyląduje najpierw w rękach Śląska Wrocław, a później Wisły Płock. Totalna abstrakcja! Ekstraklasa zgotowała na przestrzeni minionych kolejek taki bulion, że dzisiaj niepokonany na własnym stadionie (od 193 dni) Śląsk Wrocław podjął niezmiennie wygrywającą od sześciu spotkań ekipę Radosława Sobolewskiego. Bulion zachęcał zapachem i sposobem podania, ale jak smakował? Cóż, płocczanie go raczej nie polubili.
Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że obecność obu klubów w gronie najlepszej ligowej ósemki należy raczej do obrazków, które z trudem kodowane są przez przeciętnego fana ekstraklasy. Mimo to nie można nie przyznać, że ta obecność wśród piłkarskiej elity jest całkowicie zasłużona i uczciwie wypracowana. I cóż, trudno w tym meczu było cokolwiek wyrokować, ponieważ oba zespoły miały w zanadrzu serie, które czekały albo na przełamanie, albo kontynuację. Jak się okazało, nie dość, że Śląsk Wrocław zatrzymał w garści kontynuację, to jeszcze w bolesny dla rywala sposób przełamał jego serię zwycięstw.
Najważniejsza jest dla nas nasza postawa – to, jak będziemy grać jako Śląsk. Analizujemy jednak grę przeciwnika, zarówno pod kątem zespołowym, jak i indywidualnie oraz stałe fragmenty. Ale skupiamy się przede wszystkim na sobie.Vitezslav Lavicka (trener Śląska Wrocław)
Obecny reprezentant Polski z asystą, były z golem
Od samego początku spotkania można było doskonale zauważyć, kto chce prowadzić grę, a kto czekać za podwójną gardą na potknięcie rywala. Gospodarze raz po raz serwowali kolejne pomysły na dostanie się pod bramkę Jakuba Wrąbla, natomiast przyjezdni na tyle próbowali zbliżyć się pod pole karne Śląska, żeby móc wykorzystać swoją najgroźniejszą broń – Dominika Furmana (czyt. stały fragment gry).
Do 15. minuty spotkania Matus Putnocky nie miał nawet połowy okazji, w której mógłby się poważnie wykazać, a jego koledzy wciąż wyprowadzali zakusy pod pole karne rywala aż do skutku! Co ważne, DO SKUTKU, który objawił się po niespodziewanym strzale (ala Grzegorz Krychowiak) Krzysztofa Mączyńskiego zza pola karnego. Płaskie uderzenie, w kierunku dalszego słupka, poza zasięgiem golkipera. I fakt, swój nieodzowny udział w tej sytuacji miały szczęście (co zdradził swoim zdziwieniem choćby sam kapitan WKS-u) i Dominik Furman (który wybił futbolówkę pod nogi „Mąki”), jednak – jak to mówią – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Były reprezentant Polski akurat po tym meczu będzie mógł go zasmakować, bo strzelił pierwszego gola w tym sezonie.












