Dla większości społeczeństwa kończący się rok 2020 był tragiczny. To samo możemy powiedzieć w kontekście Wisły Kraków, która wiosną co prawda zdołała się utrzymać w lidze, ale zrobiła to, zajmując 13. miejsce, a przed ostatnim spotkaniem rundy jesiennej nowego sezonu plasuje się jeszcze lokatę niżej. Wisła Kraków na razie jest jednym z największych beneficjentów zmiany regulaminu rozgrywek, jednak przyglądając się bliżej krakowskiemu klubowi, trudno nie zauważyć marnotrawstwa czasu, które dokonuje się pod Wawelem.
Co roku wydaje się, że gorzej już nie będzie, że nowa kampania przyniesie nowe rozdanie i Wisła Kraków będzie plasować się w górnej połówce tabeli. A od dziewięciu sezonów niewiele się zmienia, wiślakom zazwyczaj jest bliżej do strefy spadkowej niż tej pucharowej. Tylko w podanym okresie czasu aż trzykrotnie byli skazani na walkę o przetrwanie i wszystko wskazuje na to, że teraz będzie podobnie.
Ale jak ma być inaczej, skoro przez pół roku wygrywasz dwa mecze. Efektowne zwycięstwo ze Stalą 6:0 i 3:0 z Podbeskidziem to jedyne przypadki w ostatnim półroczu, gdy piłkarze „Białej Gwiazdy” schodzili z boiska w pełni uśmiechnięci. Co ciekawe, spotkania te odbyły się jedno po drugim i już niektórzy zdążyli wysnuć teorię, że Wisła się podnosi. Jednak bliższe prawdy wydaje się być stwierdzenie o niskich umiejętnościach rywali, co najlepiej pokazuje tabela.
Tacy sami
Do rywalizacji z Lechem Poznań Wisła Kraków przystąpi po sześciu spotkaniach bez zwycięstwa. I mimo że aż w pięciu z tych meczów wiślacy prowadzili, to tylko raz udało im się zremisować. Cztery porażki po roztrwonionym wcześniej prowadzeniu powodują, że coraz popularniejsze w grodzie Kraka stają się teorie o zmęczeniu w drużynie oraz braku odpowiedniej koncentracji, co idealnie znają ich najbliżsi rywale. Lech Poznań jednak ma prawo być zmęczony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W przypadku Wisły Kraków tłumaczenie się zmęczeniem jest po prostu nie na miejscu.
Zespół gra raz w tygodniu, w jednych rozgrywkach praktycznie od startu ligi, bo ośmieszył się w 1. rundzie Pucharu Polski z 3-ligowym KSZO Ostrowiec. Co zresztą jest recydywą, bo rok wcześniej było identycznie. Lepszy okazał się rywal z niższej ligi. Tak więc od roku Wisła Kraków gra wyłącznie w ekstraklasie. Jest zespołem, który w tym czasie zaliczył jedną z najmniejszych liczb spotkań. Tłumaczenie się krótką przerwą między sezonami, która była taka sama dla wszystkich, jest bezzasadne.
Przed tygodniem, jak to Wisła Kraków ma już w zwyczaju, też prowadziła i też nie wygrała. I mimo że pierwsza połowa była koncertowa, a biorąc pod uwagę klasę rywala, to śmiem twierdzić, że nawet najlepsza w sezonie, to druga zabrała wszystko. Legia bezlitośnie obnażyła braki krakowskiej drużyny. Idealnie pokazywała to statystyka posiadania piłki, która w pierwszej połowie kształtowała się na poziomie 50%, a w drugiej 25% po stronie gospodarzy.
Moguncka szkoła przy Reymonta
W tym meczu mogliśmy po raz pierwszy zobaczyć, jaką wizję na Wisłę Kraków ma . Bo trudno było czegokolwiek doszukać się w derbowej kopaninie. Ogromna intensywność, mityczny już „gegenpressing” przynosiły wymierne korzyści w pierwszej części spotkania. Tylko oczywiście po obejrzeniu drugiej połowy pojawiły się głosy, czy Niemiec aby nie porwał się z motyką na słońce.











