23 kwietnia 2013 roku. Wtorek. Tego dnia Bayern rozbił Barcelonę w półfinale Ligi Mistrzów, a dzień później Borussia rozprawiła się z Realem (chyba nie musimy przypominać przebiegu tamtego spotkania ani tego, kto był aktorem pierwszoplanowym). Również tego dnia nie tylko niemiecki, a i cały futbolowy świat nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Mario Götze od nowego sezonu miał zostać piłkarzem Bayernu, a bawarski klub wyłożył na stół astronomiczną sumę – prawie 37 milionów euro.
To był cios prosto w serce, którego nie ukoił nawet czterokrotnie Robert Lewandowski. Złote dziecko niemieckiej piłki (nazwane przez znamienitego Franza Beckenbauera „niemieckim Messim”) miało wrócić do regionu, gdzie przyszło na świat (Götze urodził się w Bawarii, a gdy miał trzy latka, wyemigrował do Dortmundu, ponieważ jego ojciec otrzymał na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym pracę jako wykładowca). Nic dziwnego, że niemal na każdym kroku sympatycy BVB uwypuklali swoją furię, w sposób łagodniejszy – skreślając nazwisko naszego bohatera na żółto-czarnych trykotach, jak i ostrzejszy – oblewając farbą dom jego rodziców.

Przypomnijmy w paru słowach początki „nowego Messiego”. Już w wieku 17 lat zadebiutował w Bundeslidze, kiedy w meczu z Mainz 21 listopada 2009 roku zmienił Jakuba Błaszczykowskiego, w wieku 18 lat zdobył pierwszą bramkę w elicie w rywalizacji z VfB Stuttgart, a w listopadzie 2010 roku dostał od Joachima Löwa szansę debiutu w kadrze Niemiec. Do jego perypetii reprezentacyjnych jeszcze wrócimy.
Do Bayernu trafił po tym, jak Borussia przegrała z zespołem Juppa Heynckesa w finale Ligi Mistrzów. W końcówce sezonu 2012/2013 nie grał z powodu problemów zdrowotnych (nie wystąpił w londyńskim finale), nie trenował również od pierwszych dni Guardioli w Monachium. Mimo to grał w miarę regularnie (27 meczów i 10 bramek w sezonie 2013/2014), choć nie wnosił już takiej magii do gry drużyny jak w Dortmundzie, a sam z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej sfrustrowany. Drugi sezon w nowym otoczeniu nie przyniósł znaczących zmian, trzeci jest wręcz katastrofalny.
Nie dość, że w październiku w spotkaniu kadry z Irlandią doznał urazu ścięgna przywodziciela, z powodu którego pauzował niemal do rundy wiosennej, to nawet jak przezwyciężył problemy zdrowotne, nie dostał prawdziwej szansy od Hiszpana. Wiosną 2016 roku zagrał tylko raz (!) z Werderem Brema. To był występ bardzo przyzwoity, choć było widać, że nie jest do końca w rytmie meczowym. W innych starciach (m.in. z Wolfsburgiem i Borussią) był tylko rezerwowym. Według mediów nie znajduje się w planach Guardioli, który, nawiasem mówiąc, będzie pracował w Bawarii do końca kampanii 2015/2016. Sytuacja 23-latka z Memmingen jest przed francuskim Euro nie do pozazdroszczenia, choć o tym jeszcze później kilka słów.









