Podbeskidzie Bielsko-Biała pokonało na własnym stadionie Widzew Łódź 3:0 (1:0) w meczu 35. kolejki T-Mobile Ekstraklasy. Ten wynik oznacza już stuprocentowe pożegnanie z najwyższą ligą Widzewa Łódź, który przyszły sezon spędzi prawdopodobnie w pierwszej lidze.
Podbeskidzie nie było dużo lepsze, a spotkanie można nazwać wyrównanym. Aż do momentu gdy wpadła druga bramka. Wtedy goście wiedzieli, że nie ma już sensu walczyć, więc zwyczajnie sobie odpuścili. Wcześniej mieli jednak dużo pecha, bo kilka doskonałych sytuacji, ale obijali słupki i poprzeczki. Widzewowi zostały dwa mecze o pietruszkę w Ekstraklasie, a potem przygotowania do jak najszybszego powrotu. Szkoda takiego meczu, bo przyjezdni pokazali ogromną ambicję, ale nie da się ukryć, że załatwili sobie cały sezon już wcześniej.

Już w czwartej minucie Pietruszka świetnie zagrał do Paweli, który pięknie uderzył szczupakiem, ale kapitalną interwencję już na starcie zaliczył Wolański. Nawet jeśli bramka by wpadła, nie zostałaby uznana, bowiem snajper gospodarzy znajdował się na pozycji spalonej. W dwudziestej minucie Widzew odpowiedział. Dośrodkowanie z bocznego sektora zamknął Leimonas, ale słupek uratował gospodarzy. Minutę później ten sam zawodnik spowodował upadek Paweli i arbiter wskazał na wapno. Rzut karny pewnie wykorzystał Dariusz Kołodziej. Jeszcze przed końcem Widzew mógł wyrównać. Visnakovs zagrał w pole karne, prosto do Kaczmarka, który potężnie uderza na bramkę, ale minimalnie niecelnie.
W 51. minucie Wasiluk popisał się bardzo ładnym strzałem, ale tym razem poprzeczka uratowała podopiecznych Leszka Ojrzyńskiego. Trzy minuty później Pawela świetnie odnalazł się w polu karnym i uderzył głową, ale świetną interwencją zaliczył Wolański. Kilka minut później było już praktycznie po sprawie. Damian Chmiel dostał świetne podanie, które wykorzystał potężnym strzałem i powiększył przewagę „Górali”. W tym momencie jakiekolwiek marzenia Widzewiaków o grze w przyszłym sezonie w Ekstraklasie legły w gruzach. Przez ostatnie minuty obydwie drużyny praktycznie już odpoczywały, aż do trzeciej doliczonej minuty gry, gdy Krzysztof Chrapek wykorzystał podanie Łatki i całkiem dobił rywali.











