Jesteś klubem, który może pochwalić się czterema tytułami mistrzowskimi. Jesteś jednym z dwóch zespołów, które reprezentowały Polskę w Lidze Mistrzów. W twoich barwach grali m.in. Zbigniew Boniek, Włodzimierz Smolarek czy Józef Młynarczyk. Jesteś też klubem, który wiosną 2019 roku gra tylko w II lidze. W II lidze, gdzie masz nowoczesny stadion, ogólnopolski rekord liczby sprzedanych karnetów, a do tego klasowych jak na poziom rozgrywek piłkarzy. Pomimo niemal pewnego awansu wypuszczasz z rąk bilet do I ligi na mecie sezonu 2018/2019. Nazywasz się Widzew Łódź. Rok później dopinasz swego i w końcu awansujesz do I ligi. Choć, zapewne z nostalgii, niemal powtarzasz zeszłoroczny „wyczyn”.
Nowy sezon – stare przyzwyczajenia
Powiedzmy wprost – powtórka z poprzedniego sezonu nie wchodziła w grę dla nikogo związanego z łódzkim klubem. Pomimo to tegoroczne rozgrywki drugoligowe w wykonaniu Widzewa wyglądały łudząco podobnie jak te zeszłoroczne. Również zobaczyliśmy udaną rundę jesienną i byliśmy świadkami poważnej zadyszki na wiosnę, kiedy to od łodzian oczekiwano już w zasadzie tylko spokojnego przypieczętowania awansu. Czyli czegoś, co finalnie nigdy nie nastąpiło.
Widzew Łódź – oczekiwania
25 lipca 2020 rozegrana została ostatnia kolejka II ligi. Widzew Łódź zagrał na własnym stadionie ze Zniczem Pruszków. Zagrał przy frekwencji takiej, o jakiej marzyłaby zapewne większość drugoligowych zespołów – i to w czasach bez obowiązujących obostrzeń. Jednak pomimo tego wśród licznie przybyłych trudno było wyczuć entuzjazm przed perspektywą awansu. Już przed samym meczem na trybunach zawisł transparent z dość jasnym przekazem: „Niezależnie, co się zdarzy, żądamy zmian w zarządzie i wśród piłkarzy”.
Łatwo zatem wywnioskować, że w Łodzi awans na zaplecze ekstraklasy traktowano jako obowiązek, a nie osiągnięcie czy sukces, za który należy się nagroda. Zresztą trudno się temu dziwić, ponieważ klubowi, który w 2018 roku zanotował niemal 15 mln złotych przychodu, po prostu nie wypada tułać się w nieskończoność po trzecim poziomie rozgrywkowym w Polsce.
Zwycięska porażka
Podczas gdy do Łodzi przyjechał ciągle zagrożony spadkiem Znicz, w Katowicach miejscowy GKS rywalizował z Resovią. Sytuacja w tabeli przed tymi meczami przemawiała na korzyść Widzewa, któremu do awansu wystarczył jedynie brak zwycięstwa GKS-u… i dokładnie taki scenariusz postanowiono nam zafundować. Widzew Łódź w fatalnym stylu przegrał ze Zniczem 0:1 (tym samym Zniczem, którego jesienią łodzianie pokonali 6:0), a w Katowicach gospodarze podzielili się punktami z Resovią po remisie 1:1.
I co dalej? Cel został przecież zrealizowany, Widzew Łódź awansował na zaplecze ekstraklasy. Co prawda ligi nie wygrał, ale to przecież mało istotne – awans to awans i to się liczy. Prawda? Dla łodzian niezbyt.
W momencie, gdy na stadion Widzewa dotarła informacja, że sędzia zakończył mecz w Katowicach, kibice w Łodzi triumfalnie ryknęli. Jednak niemal od razu też zamilkli. Jak gdyby zreflektowali się, że opowiedzieli w towarzystwie żart, który nie rozbawił nikogo poza nimi samymi. Uważam, że ten moment idealnie podsumowuje to, co dzieje się teraz wokół Widzewa. Nie wiadomo, czy powinno się świętować czy załamywać ręce. Chwilę później na stadionie rozległy się gwizdy, zamiast gratulacjami piłkarzy pożegnano okrzykami „wypi***alać”.











