W jedynym poniedziałkowym meczu wieńczącym szóstą kolejkę Premier League piłkarze Queens Park Rangers zmierzyli się z West Ham United. Po zaciętym spotkaniu drużyna Marka Hughesa uległa zespołowi Sama Allardyce’a 1:2.
Oba zespoły przystępowały do spotkania w zgoła odmiennych nastrojach. West Ham od początku rozgrywek spisuje się rewelacyjnie, oczywiście w stosunku do przedsezonowych oczekiwań. Marzeniem każdego kibica „Cockney Boys” przed startem rozgrywek było spokojne utrzymanie, tymczasem West Ham zajmuje komfortowe dziesiąte miejsce w tabeli z ośmioma oczkami w pięciu grach. W razie zwycięstwa nad QPR zespół Allardyce’a mógł przesunąć się na siódmą lokatę.

West Ham jechał na Loftus Road po raz pierwszy od 16 października 2004 roku, kiedy pokonał Queens Park 1:0 po trafieniu Matthew Rose’a. „Młoty” miały nadzieję na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w sezonie po uprzedniej przegranej ze Swansea oraz remisie z Norwich. Po porażce z Wigan w trzeciej rundzie Capital One Cup do wyjściowego składu West Hamu powrócili Jääskeläinen, Nolan, Diame oraz Reid. Gotowi do gry byli także Yossi Benayoun oraz wracający po dłuższej kontuzji Andy Carroll. Zabrakło za to walijskiego pomocnika Jacka Collisona, zmagającego się z poważną kontuzją kolana, która być może zakończy karierę tego niewątpliwie zdolnego gracza.
Zespół Marka Hughesa miał za to poważniejsze problemy zdrowotne. Jose Bosingwa, Fabio oraz młodszy z braci Ferdinandów narzekali na urazy, z powodu kontuzji nogi wypadł Armand Traore. Zabrakło także Andy’ego Johnsona, wyłączonego z gry do końca tego sezonu po paskudnej kontuzji kolana. Do składu wrócił za to marokański rozgrywający QPR, Adel Taarabt. Zespól z Loftus Road jest idealnym przykładem na to, iż pieniądze szczęścia nie dają. Na papierze QPR sprawia wrażenie klubu, który śmiało może bić się o europejskie puchary. W rzeczywistości wygląda to jednak katastrofalnie. Ekipa, w barwach której grają tacy piłkarze, jak chociażby: Cisse, Zamora, Granero, Park, Mbia, Wright-Phillips, Taarabt, Bosingwa, Fabio czy Julio Cesar, zajmowała przed meczem ostatnie, 20. miejsce w tabeli z oszałamiającą liczbą dwóch (tak, DWÓCH) punktów w pięciu meczach. To trochę mało jak na aspiracje klubu, który wydał pokaźną sumę na nowe nabytki w zimowym oraz letnim okienku transferowym. Cóż, gorzej być już nie może i wszyscy eksperci są zgodni, że w końcu ta drużyna musi zaskoczyć. Prawdziwą sztuką byłoby spaść z ligi z takim składem.
Trudno powiedzieć, że QPR to klub biedny, ale patrząc na obecną formę, jak ulał pasuje stwierdzenie, że biednemu wiatr w oczy. Wes Ham zaczął mecz piorunująco, zdobywając bramkę już w 2. minucie meczu. Kevin Nolan nieudolnie uderzył z woleja, ale całkiem przypadkowo wyszło z tego idealne dośrodkowanie tuż na głowę Matta Jarvisa. Najdroższy piłkarz w historii klubu z Boleyn Ground pięknym strzałem głową pokonał bezradnego Julio Cesara. Goście poszli za ciosem. Piękny strzał Mohameda Diame po rykoszecie mija bramkę Julio Cesara o centymetry. Wzięli się także do roboty gracze QPR. W 12. minucie spotkania swoją szansę miał kupiony latem za 9 milionów funtów Esteban Granero, ale strzelił ponad poprzeczką świątyni fińskiego bramkarza West Hamu. Sześć minut później rzut wolny dla zespołu Marka Hughesa. Wspomniany chwilę wcześniej Granero świetnie wrzucił piłkę w pole karne, a tę po zamieszaniu wykopał z linii bramkowej Joey O’Brien. Dochodzi jednak do przykrego incydentu. W zawierusze pod bramką Jääskeläinen tak nieszczęśliwie interweniował, iż znokautował własnego stopera, Winstona Reida. Ten padł jak rażony piorunem i sędzia główny tego meczu, Mark Clattenburg, zmuszony był przerwać spotkanie na parę minut. Reprezentanta Nowej Zelandii zastąpił James Tomkins. Po wznowieniu gry oba zespoły starały się stworzyć klarowne sytuacje do zdobycia bramki, ale się nie udawało. W 26. minucie wysoko nad bramką strzelał Djibrill Cisse.











