W piłce nożnej funkcjonuje wiele utartych teorii, które notorycznie powtarzane na stałe wpisują się do uniwersalnych prawd piłkarskich. Wyciągamy je przy każdej nadarzającej się okazji, która układa się w myśl danej maksymy. Należy do nich ta, że drugi sezon dla beniaminka jest trudniejszy. To, na ile pozostaje ona prawdziwa, pokazuje Union Berlin. Zespół, który z hukiem miał spaść w pierwszym sezonie po awansie, w drugim usadowił się w czubie ligowej tabeli.
Ostatnie miesiące sprawiły, że hierarchia klubów w stolicy Niemiec wywróciła się do góry nogami. Jeśli przed sezonem powiedzielibyśmy, że będą one zajmowały mniej więcej w połowie sezonu 5. i 12. miejsce, to raczej nikt by się nie zdziwił. Pod warunkiem, że ta pierwsza cyfra oznaczałaby lokatę „Starej Damy”, a ta druga – „Żelaznych”. Jednak rzeczywistość jest taka, że to Union zbiera zewsząd pochwały, a Herthy nie da się oglądać.
Ktoś powie: no dobra, ale wystarczy jedna kolejka, by zamiast 5. miejsca było 9. I ma rację, bo między tymi lokatami są tylko dwa punkty różnicy. Ale nawet jeśli Union byłby na 9. miejscu, to i tak byśmy mówili o wyniku ponad stan.
Odwrócenie ról
Bo gdy tylko Bayern Monachium strzela od ciebie więcej bramek w lidze, to jest ogromny powód do dumy. Tym bardziej jeśli w poprzednim sezonie byłeś czwarty od końca w tej klasyfikacji. Metamorfoza, jaką przeszedł zespół Ursa Fischera w tym krótkim okresie, jest niesamowita. W ubiegłej kampanii, jeśli mogliśmy za coś chwalić berlińczyków, to za grę w defensywie. Wrażenie wizualne było jednak fatalne, co podkreślają wszyscy eksperci.
Union był trudnym rywalem dla każdego, ale też trudnym zespołem dla oglądających. Grał bardzo schematycznie, już przed meczem wiadomo było, że jeśli strzeli pierwszą bramkę, to o drugą za wszelką cenę walczyć nie będzie. Jednak, wiadomo, krawiec szyje… A Union pod tym względem był perfekcyjny. Trudno przypuszczać, by komuś innemu niż Fischerowi dało się z tej drużyny wyciągnąć więcej.
Mimo że stołeczni pochodzą z wielkiego i najważniejszego miasta za naszą zachodnią granicą, to w klubie się nie przelewa. Obecnie budżet zespołu wynosi 60,6 mln euro. To i tak sporo jak na zespół, który w najwyższej klasie rozgrywkowej gra raptem 1,5 roku.
Zakupy prawie za darmo
Jeśli czegoś się czepiać w Unionie, to średniej wieku, która nie jest najniższa, oraz małej liczby reprezentantów (raptem trzech). W głównej mierze to zespół oparty na swoich rodakach. I nie zmieniło się to nawet po transformacji, do jakiej doszło latem. Do kadry pierwszego zespołu, zostało włączonych 13 nowych zawodników. Co ciekawe, łącznie wydano tylko 1,50 miliona euro, bo tyle kosztował Marius Bulter z Magdeburga. Reszta transferów była bez kwoty odstępnego bądź wiązała się z powrotem z wypożyczeń.










