Podopieczni Steve’a Bruce’a notują fatalną passę dziesięciu kolejnych meczów ligowych bez zwycięstwa. Od połowy października drużyna Hull City zdołała uzbierać jedynie cztery oczka, strzelając w tym czasie marne cztery gole, w efekcie czego spadła na miejsce zagrożone relegacją. Przyszłość menedżera „The Tigers” stoi teraz pod dużym znakiem zapytania.
Syndrom drugiego sezonu
Poprzednia kampania miała dla kibiców zespołu z KC Stadium słodko-gorzki smak. Drużyna Hull utrzymała się co prawda w ekstraklasie, ale w pięciu meczach kończących ubiegłoroczne rozgrywki „Tygrysy” ugrały zaledwie punkt i tylko dzięki równie fatalnej postawie na finiszu sezonu ekip Fulham i Norwich udało się drużynie Bruce’a zachować ligowy byt nawet na kolejkę przed końcem. Można przypuszczać, że piłkarze byli już wówczas myślami przy zbliżającym się finale FA Cup na Wembley. Dla najwierniejszych fanów Hull City rozgrywki krajowego pucharu stały się od kwietnia absolutnym priorytetem, kiedy to losowanie par półfinałowych okazało się dla klubu ze wschodniej części Anglii niezwykle szczęśliwe (trafili na jedyny zespół spoza Premier League – Sheffield United). Niektórzy z nich deklarowali nawet, że są gotowi zaakceptować scenariusz zakładający zdobycie prestiżowego na Wyspach trofeum kosztem ewentualnego spadku z Premier League! W ten sposób drużyna Hull powtórzyłaby niecodzienny wyczyn Wigan Athletic z sezonu 2012/2013. Ostatecznie „Tygrysom” nie udało się zdobyć pierwszego poważnego trofeum w historii klubu, chociaż była ku temu znakomita okazja (Hull prowadziło po ośmiu minutach już 2-0, aby ostatecznie ulec Arsenalowi po dogrywce 2-3).
Od tego momentu w Hull więcej jest powodów do narzekań niż zachwytów. Niezłe wyniki w meczach towarzyskich dawały nadzieję na dobry sezon w wykonaniu „The Tigers”. Zaczęło się od planowych zwycięstw z AS Trencin w III rundzie kwalifikacyjnej Europa League (grę w europejskich pucharach Hull zapewniło sobie dzięki samemu udziałowi w finale FA Cup) oraz QPR w inauguracyjnym meczu Premier League. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym okazał się przegrany dwumecz, decydujący o awansie do fazy grupowej UEL, z belgijskim Lokeren (późniejszym rywalem Legii Warszawa). Od momentu niespodziewanego odpadnięcia w przedbiegach tego mniej prestiżowego z europejskich pucharów drużyna Hull zdołała wygrać ledwie jedno spotkanie we wszystkich rozgrywkach (!), odpadając po drodze z Pucharu Ligi Angielskiej (2:3 z WBA).
Dla klubu z hrabstwa East Riding of Yorkshire rozpoczął się właśnie sądny drugi sezon gry na boiskach angielskiej ekstraklasy – podobno najtrudniejszy dla zespołów, które jeszcze w poprzedniej kampanii miały status beniaminków. Zachowanie ligowego bytu tuż po awansie do Premier League jest, zdaniem wielu ekspertów na Wyspach, dużo łatwiejszym zadaniem niż dokonanie tej samej sztuki w następnym sezonie. W Hull chyba zbyt szybko uwierzono, że stosunkowo silna kadrowo drużyna (chociażby w porównaniu z tegorocznymi nowicjuszami w PL), wzmocniona dodatkowo kilkoma bardzo doświadczonymi piłkarzami (Dawson, Huddlestone, Diame), bez problemów powalczy o coś więcej niż tylko bezpieczne utrzymanie. Ligowa rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała te ambitne plany ubiegłorocznego finalisty Pucharu Anglii.












