Popołudniowe mecze 8. kolejki Premiership przyniosły bardzo cenne punkty dla zespołów z dolnej części tabeli. Przełamały się drużyny Hull City i Portsmouth. Szczególnie ci drudzy odetchnęli z ulgą. Po siedmiu porażkach z rzędu podopieczni Paula Harta w końcu poczuli smak zwycięstwa.
Złoty gol Yebdy
Wygrana „Pompey” jest o tyle cenna, że osiągnięta została w doskonałym stylu. Zresztą trzeba przyznać, że patrząc na obecne możliwości obu drużyn, cała pierwsza połowa stała na bardzo wysokim poziomie. W 45-minutowej wymianie ciosów górą byli goście, których na prowadzenie wyprowadził Hassan Yebda. Portsmouth mogli do przerwy strzelić jeszcze kilka goli, jednak w bramce gospodarzy świetnie spisywał się Wayne Hennesey.
Po przerwie mecz wyglądał już znaczenie słabiej. Możliwość odniesienia pierwszego zwycięstwa w sezonie sparaliżowała nogi podopiecznym Paula Harta, którzy głównie bronili jednobramkowej przewagi. Niewiele brakowało, aby za swoją postawę zostali ukarani, jednak w doliczonym czasie gry akcja trójki: Halford, Ebanks-Blake, Kightly nie przyniosła powodzenia. Tym samym „Pompey” zanotowali na swoim koncie pierwsze punkty.
Dzięki drugiej wygranej w sezonie ze strefy spadkowej, przynajmniej na moment, uciekli podopieczni Philipa Browna. Piłkarze Hull City pokonali Wigan Athletic, którzy tydzień temu wygrali na własnym stadionie z Chelsea. W kontekście tego wyniku oraz porażki gospodarzy na Anfield aż 1:6, rezultat dzisiejszego meczu należy uznać za niespodziankę.
Zabójcze osiem minut
Od początku spotkania zarysowała się wyraźna przewaga „Tygrysów”, którzy nie oddali pola właściwie do końca spotkania. Zawodników Wigan na KC Stadium stać było jedynie na honorowe trafie Sinclaira w końcówce meczu. Gospodarze natomiast raz po raz atakowali bramkę Chrisa Kirklanda, z wielu okazji wykorzystując dwie.
Bohaterami meczu zostali Vennegor of Hesselink oraz Giovanni. Ich dwa trafienia w przeciągu zaledwie ośmiu minut zadecydowały o tym, że komplet punktów pozostał w Hull. Holender trafił do siatki głową, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu rożnego Deana Marneya. Kropkę nad „i” postawił Brazylijczyk, któremu piłkę przed bramkę wyłożył jak na tacy Kamil Zayatte.
W pozostałych spotkaniach raczej bez niespodzianek. Kolejne, czwarte z rzędu, zwycięstwo na własnym stadionie odniósł beniaminek Burnley. Piłkarze Owena Coyle’a potwierdzili, że na Turf Moor są nie do przejścia. Pytanie, czy taka postawa wystarczy do utrzymania się w lidze, wszak na wyjazdach zawodnicy „The Clarets” przegrywają wszystko z kretesem.
Blues bez wyrazu
Głównymi aktorami spektaklu zostali Fletcher i Bikey. Szkot, pozyskany przed sezonem z Hibernianu, strzelił w końcu swojego pierwszego gola w Premiership. Niespełna 9 minut później prowadzenie podwyższył kameruński obrońca Burnley, który wykorzystał dośrodkowanie Davida Nugenta. Honorowe trafienie dla Birmingham było autorstwa Sebastiana Larssona, który trafił do siatki w ostatniej minucie doliczonego czasu gry.










