Wczoraj byliśmy świadkami kolejnego upadku polskiej piłki. Słowa takie jak żenada, skandal, tragedia wypełniły domy wielu polskich kibiców, jednak czy również zdziwienie?
Czarny czwartek miało Wall Street, ma również polska piłka. Kiedyś jedna z angielskich gazet po blamażu swojej reprezentacji z „jednym z trzech narodów, które nie potrafią grać w piłkę” (USA oczywiście) wystawiła brytyjskiemu futbolowi nekrolog. Czy my możemy postąpić podobnie? W końcu nasza piłka nożna już od dawna przypomina na wpół zgniłego trupa, który jest wystawiany w oknie by imitować żywego. Dziennikarze od lat bawią się w reanimatorów tego dziwnego, złego tworu rokrocznie „nadmuchując balonik” oczekiwań, snując wizję, a to Wisły, a to Lecha w fazie grupowej elitarnych rozgrywek Ligi Mistrzów. Również ciągle miejsce mają kpiny z rywali polskich ekip, a to Azerowie „ogórki”, a to Estończycy kelnerzy, Maltańczycy wcielali się w rolę szewców, jak widać my znajdziemy swoje miejsce właśnie pomiędzy tymi ogórkami i kelnerami.

Na pewno ogromna część winy jest udziałem szkoleniowców, którzy (jak zwykle) źle przygotowali swoje zespoły na początek rozgrywek. Gracze Lecha „oddychali rękawami” już po 65-70 minutach gry, Wisła grała tragicznie od początku do końca, nie mówiąc już o Ruchu. Jak zwykle lekceważenie rywali, ale oczywiście każdy „treneiro” kurtuazyjnie zapowiadał „Levadia już nigdy się nie powtórzy, na pewno nie zlekceważymy przeciwników” i wyszło jak zwykle. Nawet nie można powiedzieć „Grali jak nigdy przegrali jak zawsze.”, bo grali też jak zawsze. Kasperczak mówił tylko o Levadii, a zapomniał Dinamo Tbilisi, Valerenge Oslo? Czy może już Gruzinów i Norwegów dołączył do mocnych europejskich zespołów, z którymi porażka to żaden wstyd? Pamięć ma chyba krótką, bo jego piłkarze wyglądali na pewnych tego, iż tacy słabeusze jak Karabach nie zagrożą im nawet przez moment. Pomylili się, gdyż to goście stworzyli więcej sytuacji… Niektórzy kibice pamiętający jeszcze świetlane lata polskiej piłki mogę teraz mówić do potomków „synku, tu właśnie leży polska piłka” zapalając kolejny znicz na mogile z wyrytymi literami składającymi się na jakże chwalebny kiedyś układ wyrazów „Polska piłka” z niejasnym podpisem sugerującym datę zgonu.
We wtorek miałem przyjemność podziwiać rywalizację Lecha ze Spartą Praga. Ten mecz jeszcze nie wskazywał tak tragicznej kolejki w rozgrywkach europejskich. Przez wiele minut to Polacy dominowali na boisku, jednak jak zwykle przyszedł najgorszy koszmar polskich trenerów – z zawodników siły uleciały niczym powietrze z pękniętego balonika. Do tego najwyraźniej gracze „Kolejorza” nie uważali na odprawach taktycznych, gdyż nagminnie faulowi Czechów, o których od początku było wiadomo, że świetnie wykonują stałe fragmenty gry. Jaki był efekt? Oczywiście gol po rzucie wolnym… Styl gry Lech napawał jednak pewnym optymizmem przed rewanżem. Główne danie czekało jednak na nas, kibiców wczoraj.











