Manchester City po golach Aguero, Yayi Toure oraz Milnera pokonał Liverpool 3:0. To być może zbyt wysoki wymiar kary, biorąc pod uwagę to, co działo się na murawie, ale to gospodarze byli dzisiaj zdecydowanie lepsi i potrafili strzelić bramkę, nawet grając w dziesiątkę.
Pierwsza połowa była bardzo żywa. W 8. minucie po świetnym prostopadłym podaniu Hendersona sam na sam z Hartem wyszedł Downing, jednak bramkarz City świetnie skrócił i obronił. W odpowiedzi, kilkadziesiąt sekund później, z bliska strzelał Dżeko i Reina obronił kolanami. W 10. minucie gościom przydarzyła się seria fatalnych błędów, która doprowadziła do utraty gola. Piłkę na własnej połowie stracił Kuyt i ta spadła pod nogi Silvy, który podał do Aguero. Argentyńczyk uderzył mocno spoza pola karnego i udało mu się zdobyć gola dzięki fatalnej interwencji Reiny, który przepuścił futbolówkę pod pachą do bramki.

180 sekund później Kun spróbował ponownie, ale tym razem Reina nie pomylił się znowu i pewnie złapał piłkę. W odpowiedzi Carroll główkował ponad bramką. W 24. minucie Downing zanurkował, a sędzia dał się nabrać i odgwizdał rzut wolny, z którego mocno uderzył Adam. Hart z problemami obronił, a 60 sekund później nie musiał już tego robić, bo uderzenie z dystansu Hendersona okazało się niecelne. 29. minuta. Adam był faulowany przez Kolo Toure kilka metrów przed linią pola karnego. Do nieruchomej piłki podbiegł Henderson, ale wykonał ten rzut wolny fatalnie, trafił w mur.
Chwilę potem, po akcji z drugiej strony, Etihad Stadium krzyknęło „handball”. Skrtel rzeczywiście zagrał ręką, a wszystko działo się w polu karnym Liverpoolu, ale gwizdek arbitra milczał. I słusznie – Słowak przewinił nieumyślnie. W 32. minucie częściowo zrehabilitował się Reina, który świetnie obronił uderzenie Kompany’ego. Hiszpan wybił piłkę na rzut rożny. Świetne dośrodkowanie Silvy wprost na głowę pilnowanego przez Johnsona (czyt. niepilnowanego w ogóle) Yayi Toure i strzał tego ostatniego zatrzymał się dopiero w siatce. Gospodarze nieco wbrew temu, co działo się w ostatnich minutach na boisku, podwyższyli swoje prowadzenie.
Kontaktowego gola szukał Carroll, ale jego strzałowi z 37. minuty potrzebna byłaby większa precyzja. W odpowiedzi również niecelnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Silva. Na 120 sekund przed przerwą mogło być 2:1, ale świetnym blokiem popisał się Kompany i w ten sposób powstrzymał Kuyta. Chwilę później Mike Jones zaprosił oba zespoły na przerwę, choć wcześniej zdążył jeszcze pokazać żółtą kartkę Barry’emu.
Pierwszy kwadrans po zmianie stron upłynął pod znakiem walki, co jednak sprawiło, że liczba sytuacji bramkowych była równa temperaturze, w której zamarza woda. Ze statystycznego punktu widzenia możemy odnotować tylko 57. minutę, w której Johnson dostał żółtą kartkę, a jego trener przeprowadził dwie zmiany. Na boisku pojawili się Gerrard i Bellamy, a miejsca ustąpili im Adam i Kuyt. Dziać zaczęło się dopiero między 73. a 74. minutą. Najpierw za bezsensowny faul na Aggerze drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji wczesny prysznic i oglądanie nadchodzących derbów Manchesteru z trybun zapewnił sobie Barry. Z drugiej strony ten faul wyszedł niespodziewanie „The Citizens”… na dobre. Liverpool fatalnie wykonał bowiem rzut wolny, piłkę przejął Yaya Toure i wyprowadził świetną kontrę. Po zagraniu klepki z jednym z partnerów wpadł w pole karne, gdzie sfaulował go Martin Skrtel. Sędzia wskazał na wapno, a „jedenastkę” pewnie wykorzystał James Milner.











