Nie tak wyobrażali sobie początek nowego sezonu Premier League kibice West Hamu. Piłkarze z London Stadium po trzech kolejkach jako jedyna drużyna w Premier League nie zdobyli ani jednego punktu. Kiedy latem Manuel Pellegrini obejmował „Młoty”, jasne było, że drużyna wymaga zgrania, ale kibice już są zniecierpliwieni.
Drewniana defensywa
O ile w pierwszym meczu błędy defensywne londyńczyków można było wybaczyć ze względu na poziom rywala, czyli Liverpoolu, który był oczywistym faworytem, o tyle brak zdyscyplinowania w szeregach defensywnych West Hamu w meczu przeciwko Bournemouth tylko potwierdza, że Manuel Pellegrini będzie miał jeszcze dużo pracy. Strata prowadzenia w kilka minut to z pewnością rzecz bolesna, zwłaszcza że od 33. minuty podopieczni Chilijczyka prowadzili za sprawą pewnie wykorzystanej „jedenastki” przez Marko Arnautovicia. Niestety potrafili owo prowadzenie stracić przez własną głupotę. Callum Wilson bez większego problemu okiwał wszystkich defensorów, zaczynając od środkowej części boiska, kończąc na pokonaniu płaskim strzałem Fabiańskiego. Sześć minut później zupełnie niepilnowany w polu karnym Steve Cook po dośrodkowaniu Ryana Frasera nie dał szans polskiemu golkiperowi.
Ten sam pech spotkał „Młoty” tydzień temu na The Emirates, gdzie również jako pierwsze objęły prowadzenie po pięknym strzale Arnautovicia zza pola karnego. Tym razem prowadzenie straciły już pięć minut później. W tym meczu gra West Hamu mogła się podobać, przynajmniej w pierwszej połowie, którą mógł skończyć dla siebie pomyślnie, gdyż w doliczonym czasie pierwszej odsłony bliski pokonania Petra Cecha był Robert Snodgrass. Druga połowa zaczęła się dość obiecująco dla obu ekip. Głównym motorem napędowym „Młotów” był Marko Arnautović, który również szukał drugiej bramki w tym spotkaniu. Niestety w 59. minucie doznał urazu i nie był w stanie dograć całego meczu, co „Kanonierzy” skrzętnie wykorzystali, bo Javier Hernandez, który go zastąpił, nie wniósł nic pozytywnego do gry piłkarzy z London Stadium. Kilkanaście minut później po niefrasobliwości obrony „The Gunners” objęli prowadzenie, a przed samym końcem na 3:1 strzelił Bellerin.
Jasny punkt drużyny i demony przeszłości
Do jednego piłkarza „Młotów” kibice pretensji mieć nie powinni. A jest nim sprowadzony ze Swansea golkiper. Dużo mówiło się a propos meczów z Liverpoolem czy z Arsenalem, że gdyby nie Polak, straconych bramek na koncie West Hamu byłoby znacznie więcej. Kapitalna parada po świetnie wykonanym rzucie wolnym przez Alexandra-Arnolda, fenomenalny refleks po strzale głową przez Mustafiego z bliskiej odległości. Pewnie można wymienić jeszcze kilka innych przykładów obrazujących bardzo dobrą dyspozycje bramkarza i co ważne, prawdopodobnie świadczących o tym, że Polak jest najbardziej zapracowanym piłkarzem na swojej pozycji w lidze, tak jak przed rokiem w Swansea.











