Już w czwartek dwa polskie kluby staną do boju o ostatnią fazę kwalifikacji Ligi Europy. Lech Poznań podejmie u siebie Żalgiris Wilno, a Śląsk Wrocław zmierzy się z Club Brugge.

Teoretycznie piłkarze Śląska mogliby czuć się faworytami czwartkowego starcia z trzecim zespołem ostatniego sezonu Eerste Klasse. Pierwszy mecz między tymi ekipami skończył się zwycięstwem „Wojskowych” (nie mylić z Legią!) 1:0. Jednak nie jest to przewaga niemożliwa do roztrwonienia. Piłkarze Stanislava Levy’ego mieli swoje szanse w pierwszym meczu, już po pierwszej połowie mogli prowadzić różnicą trzech lub czterech bramek. Argumentem przemawiającym na niekorzyść zespołu z Oporowskiej (bo to na tej ulicy mieści się siedziba klubu) jest fakt, że od momentu powrotu do europejskich pucharów w 2011 roku tylko raz piłkarzom w zielonych koszulkach udało się wygrać na wyjeździe. Było to ponad rok temu, gdy 18 lipca 2012 roku wyjazd do Czarnogóry zakończył się zwycięstwem 2:0 nad miejscowym Budućnost Podgorica. Jutrzejszy rywal jest ze zdecydowanie wyższej półki i wrocławianie muszą wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, by nie dać sobie wyrwać awansu z rąk. Brugia dobrze weszła w sezon – dwa pierwsze spotkania obecnych rozgrywek zakończyły się zwycięstwami jutrzejszych rywali Śląska. Pozostaje mieć nadzieję, że piłkarze rozgrywający swoje mecze na ulicy Śląskiej nie przestraszą się bardziej utytułowanych rywali – w końcu w pierwszych starciach obecnego sezonu udowodnili, że w piłkę grać potrafią.
Ciekawostką jest fakt, że prawie cztery lata temu, bo pod koniec sierpnia 2009 roku, Club Brugge w IV rundzie eliminacyjnej Ligi Europy mierzył się już z polskim zespołem. Po przegranym 0:1 meczu na wyjeździe Belgowie u siebie wyrównali straty i w rzutach karnych okazali się lepsi od… Lecha Poznań.

Lecha, który w tym momencie znajduje się na zakręcie. Wynik pierwszego spotkania z Żalgirisem Wilno niby nie jest tragiczny (1:0 wygrali Litwini), jednak rzeczą najbardziej niepokojącą kibiców z Bułgarskiej jest styl gry ich ulubieńców. Poznaniacy słabo weszli w sezon, remisując trzy pierwsze spotkania w ekstraklasie – z Ruchem, Cracovią i Zagłębiem Lubin, czyli zespołami, które powinny być w zasięgu graczy z INEA Stadionu. Nerwową atmosferę wokół klubu stara się uspokoić zarząd, który zadeklarował dziś, że nawet w przypadku braku awansu do następnej fazy europejskich rozgrywek nie zakończy współpracy z Mariuszem Rumakiem. Ucięcie spekulacji dotyczących osoby trenera, który wyjątkowo nerwowo zareagował na porażkę w Wilnie, ma pomóc w zdjęciu presji z piłkarzy „Kolejorza”. Sportowo zespół sześciokrotnego mistrza Polski ma wszystko, co niezbędne, by pokonać jutro Litwinów. Lech w ostatnich latach znany jest z tego, że jego mecze w europejskich pucharach to dreszczowce godne szczypiornistów Bogdana Wenty. Chyba wszyscy pamiętamy dramatyczny pojedynek z Austrią Wiedeń, czy nawet horror z Interem Baku – poznaniacy u siebie potrafią wygrywać czy to po dogrywce, czy to w rzutach karnych. Kibice na Bułgarskiej stęsknili się już za pojedynkami z zespołami pokroju Manchesteru City czy Juventusu Turyn, więc przyszła najwyższa pora, by Lech wrócił na europejskie areny.











