Czesława Michniewicza i Jacka Zielińskiego więcej dzieli, niż łączy. Pierwszy karierę piłkarską zakończył w wieku 33 lat, ale jeszcze przed 40. urodzinami zdobył mistrzostwo Polski z Zagłębiem Lubin i Puchar Polski z Lechem Poznań. Drugi trzy razy był mistrzem Polski, 60 razy wystąpił w reprezentacji Polski, grał w Lidze Mistrzów i na Mistrzostwach Świata.
Obaj mniej więcej w tym samym czasie zostali szkoleniowcami trójmiejskich klubów i obaj też w tym samym czasie pożegnali się z posadami.
Zła ocena potencjału

Michniewicz z posady trenera Arki Gdynia zrezygnował po porażce 0:3 z ŁKS-em Łódź. Dla „Żółto-niebieskich” był to już szósty mecz z rzędu wiosną bez zwycięstwa. Gdynianie to jedyny zespół, który w 2009 r. jeszcze nie wygrał meczu i z 7. miejsca po rundzie jesiennej spadł aż na 12., będąc murowanym kandydatem do spadku. Co sprawiło, że polskiemu Mourinho nie powiodło się w Gdyni? Początek pracy miał przecież piorunujący, wszak Arka w pewnym momencie była nawet wiceliderem Ekstraklasy, będąc w tabeli przed Lechem Poznań, Legią Warszawa i Wisłą Kraków! Przede wszystkim Michniewicz zbytnio przywiązał się do niektórych piłkarzy (Marcina Pietronia, Przemysława Trytkę), stawiając na nich z uporem maniaka, licząc, że będą liderami zespołu, podczas gdy obaj nie mieli wcale predyspozycji do tej roli. Nie było mu też po drodze z gwiazdą Arki, Marcinem Wachowiczem, który albo wchodził na boisko w końcówce, albo grywał na boku pomocy, podczas gdy były gracz Lecha Poznań jest nominalnym napastnikiem. Jednych graczy były już szkoleniowiec „Żółto-niebieskich” obdarzył olbrzymim kredytem zaufania, innych (Marcina Chmiesta, Tomasza Mazurkiewcza) szybko skreślił po kilku nieudanych meczach, nie dając szansy rehabilitacji i odsyłając do zespołu Młodej Ekstraklasy. Nie myślał też o tym, by przywrócić obu zawodników do pierwszej drużyny, gdy Arka nie potrafiła wygrać siedmiu meczów z rzędu jesienią czy teraz, gdy już od sześciu spotkań czeka na pierwsze zwycięstwo.
Często też niepotrzebnie przerzucał piłkarzy po różnych pozycjach, zamiast wystawiać ich w konkretnym sektorze boiska. Zbigniew Zakrzewski raz grywał w ataku, raz wycofywany był do drugiej linii. Para Anderson – Michał Łabędzki a to grywała w środku obrony, a to kolejny mecz rozpoczynała również w centrum, tylko że już pomocy. Inna sprawa, że Czesławowi M. często brakowało najzwyczajniej w świecie szczęścia – sprowadzony latem z FC Sion Zakrzewski szybko doznał poważnej kontuzji i do gry wrócił dopiero późną jesienią, podobnie jak Wachowicz czy Tomasz Sokołowski, który z kolei pełną sprawność odzyskał wiosną. Dariusz Żuraw natomiast, zanim na dobre wkomponował się w zespół i stał się jego czołową postacią, długo zawodził, popełniając katastrofalne błędy. Nierówną formę, odwrotnie proporcjonalną do potencjału i umiejętności, prezentowali też inni defensorzy: Anderson czy Łukasz Kowalski; Michniewicz na więcej też z pewnością liczył ze strony Bartosza Ławy. Trener Arki bardzo źle znosił również krytykę. Tuż po przegranym meczu z Piastem Gliwice 0:1, gdy jeden z dziennikarzy spytał o obecność w składzie „Żółto-niebieskich” Pietronia kosztem Wachowicza, Michniewcz niemal wykrzyczał, że nie będzie na ten temat dyskutować. Gdy zaś po przegranej z Legią 0:1 inny żurnalista spytał, czy po tej serii szkoleniowiec wie, co źle funkcjonuje w jego drużynie, co sprawia, że ta nie wygrywa, też otrzymał ostrą ripostę w postaci stwierdzenia, że doskonale wie, co jest źle, i nikt nie musi mu tego uzmysławiać. Gdy jednak przyszło do uderzenia się w pierś po fatalnym początku rundy wiosennej, Michniewcz nie chował głowy w piasek i wyznał: –.












