Po znakomitym meczu z Barceloną na Emirates odezwały się głosy, że chłopcy Wengera wreszcie stali się mężczyznami. Wielu wieszczyło już także pierwsze od kilku lat trofeum dla zespołu z północnego Londynu. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Z szans na nawet cztery trofea pozostała tylko jedna…
Najpierw przyszłą przykra i zaskakująca porażka w finale Carling Cup przeciwko Birmingham. Arsenal w tym meczu miał przewagę, miał kilka doskonałych okazji, lecz świetne zawody rozegrał wówczas Ben Foster. W końcówce fatalnie skiksował Laurent Koscielny, dodatkowo zderzył się z Wojciechem Szczęsnym i „Kanonierzy” o pierwszym trofeum mogli zapomnieć. Nie wierzę, że nie miało to przełożenia na mecz z Barceloną, że gracze Wengera tak szybko potrafili zapomnieć o tym kiksie, przez który tak ważne (choć dopiero trzecie w angielskiej hierarchii) dla nich trofeum wymknęło im się z rąk. Jakże inaczej grałoby im się przecież na Camp Nou ze świadomością, że „coś wygrali”.

Finał Pucharu Ligi został jednak przegrany. A żądna zemsty Barcelona czekała na przyjazd swoich rywali. Doczekała się i stłamsiła angielską drużynę, wygrywając 3:1. Powiecie, że Arsenal awansowałby dalej, gdyby nie „bezprawne” wyrzucenie Robina van Persiego. Zgodzę się jedynie z jednym twierdzeniem – arbiter nie powinien wywalać Holendra z boiska. Decyzja ta była głupia i bezsensowna. Van Persie miał prawo nie usłyszeć gwizdka w ciągu sekundy przy wrzasku wrogo nastawionych Katalończyków. Ale mimo wszystko kartka była zgodna z przepisami, które mówią, że za strzał po gwizdku należy się żółta kartka. Drugiej żółtej w meczu o taką stawkę być jednak nie powinno.
Holender z boiska jednak wyleciał i trzeba było grać dalej. Barcelona zdobyła dwa gole i Arsenal pożegnał się z Champions League. Czy kartka wypaczyła wynik spotkania? Absolutnie nie. Przez ponad 50 minut Arsenal grał przecież w pełnym składzie. I co z tego? Nie oddał żadnego strzału na bramkę. Zamiast Victora Valdesa w bramce mógł stać dwunastoletni junior z La Masii. Nawet piłki z „piątki” by nie musiał wybijać… Tylko „genialnej” interwencji Segio Busquetsa piłkarze z Londynu mogą zawdzięczać to, że podczas drugiej połowy zatliła się w sercach ich fanów iskierka nadziei. Arsenal był tamtego wieczoru drużyną zdecydowanie gorszą. A w słowa Wengera, że bez czerwonej kartki „Kanonierzy” awansowaliby dalej, zwyczajnie nie wierzę.
Niedawno, bo zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, „Kanonierzy” polegli również w ćwierćfinale FA Cup. Przeciwnik nie należał do łatwych, jednak ostatnio także nie radził sobie najlepiej. Piłkarze United również polegli w poprzednich dwóch pojedynkach, kiedy to lepsze okazały się Chelsea i Liverpool. W pojedynku z Arsenalem doskonale spisał się doświadczony Edwin van der Sar. Po raz kolejny dla drodze „Kanonierów” do któregoś z krajowych pucharów stanął więc golkiper rywali. Ale czy wynik jest tylko zasługą van der Sara? Czy Arsenal był w sobotnim spotkaniu zespołem zasługującym na awans do półfinału? Brakowało Fabregasa, mózgu drużyny. W obronie po raz kolejny było kilka niepewnych interwencji, a Manchester wykorzystał kilka nadarzających się okazji. Wynik byłby przecież jeszcze wyższy, gdyby przed bramką Almunii fatalnie nie skiksował Rooney czy Almunia nie wyciągnął w ostatnim momencie dłoni po niefortunnym uderzeniu Djourou.











