Sobotnie mecze Premier League były bardzo ciekawe i obfitowały w bramki. Z trzech oczek cieszyli się piłkarze West Hamu oraz West Bromwich. Podział punktów nastąpił za to na Craven Cottage w Londynie.
„The Hammers” mogą odetchnąć z ulgą. Gdyby nie zgarnęli kompletu punktów, mieliby ich teraz tylko dziewięć i zamykaliby ligową tabelę, będąc na niechlubnym, ostatnim miejscu. Sytuacja wciąż nie jest wspaniała, bo w strefie spadkowej pozostają, lecz nie spalili sobie mostów w kierunku utrzymania. Ich gra też wygląda lepiej, niż na początku sezonu. Już w 34. minucie wynik spotkania otworzył Behrami. Potem podwyższył Obinna, lecz uczynił to w drugiej połowie. Znów kluczowy udział w akcji miał Piquionne, podał do reprezentanta Nigerii, a ten strzałem w dolny róg bramki zdobył swojego pierwszego gola dla West Hamu w lidze. Wobec zaistniałej sytuacji menadżer Wigan szybko zdecydował się na zmiany i już za jakiś czas na boisku zameldowali się Boselli oraz Moses. Gospodarze zdobyli jednak trzecią bramkę w 75. minucie. Jej strzelcem był Parker. Honorowego gola dla gości zdobył Cleverley na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry.

Dość ciekawie zakończyło się spotkanie na Goodison Park. „The Baggies” wreszcie odnieśli wyjazdowe zwycięstwo, w dodatku dość okazałe. Prowadzenie objęli oni już po około kwadransie, za sprawą Scharnera, który strzałem głową pokonał Howarda. Dziesięć minut później podopieczni Di Matteo mieli na koncie już dwie bramki. Świetnym wykonaniem rzutu wolnego popisał się Brunt. Przed przerwą zdołał jednak wyrównać Cahill, co trochę ostudziło zapał przyjezdnych. W 76. minucie prowadzenie podwyższył Tchoyi. Czarę goryczy dla gospodarzy przelała samobójcza bramka (notabene w ostatnich tygodniach zbierającego całkiem niezłe recenzje) Distina. Warty odnotowania jest fakt, że sędzia pokazał dwie czerwone kartki – Artecie oraz Mulumbu.
Fulham to już nie ta sama drużyna, co sezon temu, a Mark Hughes dalej ma małe kłopoty. Pozycja tuż nad strefą spadkową z pewnością go nie satysfakcjonuje, zwłaszcza że przewaga nad rywalami wcale nie jest tak duża. Tym razem, na własnym stadionie, miało być trochę lepiej. Cóż, nie było. Już po 20 minutach prowadzenie gościom dał Larsson. Birmingham ostatnio odnosiło wyjątkowo dobre wyniki, w końcu pokonało chociażby mistrza Anglii, Chelsea. Wydawać się zatem mogło, że i tym razem zakończą spotkanie triumfem. Punkt gospodarzom uratował jednak Dempsey, który ostatnio nieraz stanowił o sile ofensywy Fulham. Gol z 53. minuty pozbawił podopiecznych McLeisha upragnionego, wyjazdowego zwycięstwa.











