Jagiellonia pokonała w meczu wyjazdowym gdańską Lechię. Gdańszczanie nie potrafili zdobyć choćby jednego punktu, choć po 25 minutach prowadzili 1:0. W drugiej połowie padał ulewny deszcz, przez co mogło się wydawać, że zawodnicy grają w piłkę wodną. Takie warunki okazały się korzystne dla gości, którzy osiem minut przed końcem spotkania strzelili zwycięską bramkę.
Od początku spotkania obie strony chciały pokazać, że zamierzają grać twardo i agresywnie, czego efektem były dwie żółte kartki w ciągu pierwszych dziesięciu minut. Później do głosu doszła Lechia, a w roli głównej występował Paweł Nowak, który dwukrotnie stwarzał zagrożenie pod bramką Grzegorza Sandomierskiego. Były piłkarz Cracovii wystąpił też w roli egzekutora w 25. minucie. Akcje zainicjował po prawej stronie boiska Buzała, następnie podał do znajdującego się w polu karnym Lukjanovsa, ten nieco przypadkowo wystawił piłkę nadbiegającemu Nowakowi, który celnym strzałem wyprowadził ekipę Tomasza Kafarskiego na prowadzenie.

Kolejne minuty meczu to ofensywa Jagiellonii. Dwukrotnie niebezpiecznie na bramkę gospodarzy strzelał weteran ligowych boisk, Tomasz Frankowski, szczęścia szukał również Kamil Grosicki, lecz piłkę skutecznie blokowali obrońcy Lechii.
Na siedem minut przed końcem pierwszej odsłony spotkania piłkarze Jagiellonii zaczęli szukać bramki po strzałach z dystansu. Najpierw strzał Marcina Burkhardta trafił w poprzeczkę, a chwilę później już nic nie uratowało Pawła Kapsy. Po odważnym uderzeniu Tomasza Kupisza z 30 metrów piłka wylądowała w prawym górnym rogu bramki gdańszczan.
Początek drugiej połowy nieco się opóźnił. Ulewny deszcz spowodował, że sędzia długo się zastanawiał, czy w ogóle pozwolić na grę w takich warunkach. Ostatecznie pierwszy gwizdek arbitra miał miejsce po niemal półgodzinnej przerwie, lecz gra bardziej przypominała piłkę wodną niż prawdziwy futbol. Takie warunki atmosferyczne były powodem kuriozalnych sytuacji na boisku i częstych błędów piłkarzy obu drużyn. Po jednym z nich na bramkę uderzał Paweł Nowak, jednak tuż przed linią bramkową skuteczną interwencją popisał się Kascelan.

Dalsza część meczu coraz mniej przypominała piłkę nożną. Zawodnicy obu drużyn skupili się na długich podaniach do napastników, lecz bardzo często piłka, zamiast trafić pod nogi któregoś ze snajperów, po prostu zatrzymywała się w kałuży. Sytuacje bramkowe można było policzyć na palcach jednej ręki, groźnie było tylko wtedy, gdy któreś z dośrodkowań na aferę szczęśliwym trafem znajdowało swojego adresata.











