Z każdych mistrzostw świata zostają w głowie pewne historie. Czasem są to zespoły, które stają się rewelacją turnieju, a czasem drużyny, które zawiodły na całej linii. W przypadku tych drugich najczęściej odpowiedzialnością za niepowodzenie obarczony zostaje selekcjoner. Którzy trenerzy zawiedli na trwającym mundialu?
Przy ocenie pracy selekcjonerów trzeba zwracać uwagę na kilka czynników. Oczywiście sprawą kluczową jest osiągnięty wynik. Pamiętać trzeba, że to, co dla jednych jest sufitem, dla innych bywa podłogą. Drugą kwestią jest styl i perspektywy na przyszłość. Istotna także jest atmosfera, jaka panuje w zespole i wokół niego. Po katarskim turnieju nie zabraknie trenerów, którzy chcieliby o nim bardzo szybko zapomnieć.
Pierwsza ofiara Maroka
Jednym z największych przegranych tego czempionatu jest bez wątpienia Luis Enrique. Dotychczas 52-latek znany był ze swojej bezkompromisowości, co potwierdził również w Katarze. Nie powołał na turniej Sergio Ramosa, a w składzie Hiszpanów aż roiło się od młodych gwiazd. Selekcjoner zasłynął także innowacyjnym sposobem komunikacji z mediami, z którego nie korzystali inni trenerzy. Jego zespół trafił do wymagającej grupy z Niemcami, Japonią oraz Kostaryką.
Po pierwszym spotkaniu wygranym aż 7:0 z ekipą z Ameryki Środkowej Hiszpania stała się jednym z faworytów do końcowego triumfu. Żadna drużyna nie zrobiła aż tak dużego wrażenia w tej serii gier. „La Furia Roja” grała szybko, ofensywnie, wymieniała bardzo dużo podań i nie odpuszczała nawet przy wysokim prowadzeniu. Następnie przyszedł zremisowany mecz z Niemcami, a w trzeciej kolejce fazy grupowej Enrique otrzymał sygnał ostrzegawczy od Japonii.
Trudno powiedzieć, ile w tej porażce było chłodnej kalkulacji Hiszpanów, a ile słabości i bezradności. Jednak z perspektywy czasu można odbierać ten wynik jako znak, że coś w tym zespole jednak nie funkcjonuje. Przede wszystkim rywale Hiszpanów zbyt łatwo odrobili straty i wyszli na prowadzenie – to wszystko w przeciągu trzech minut. Do awansu ekipie z Półwyspu Iberyjskiego wystarczyły cztery punkty. Jeżeli jednak liczyli, że mecz z Marokiem będzie tylko formalnością, to grubo się mylili.
Mecz w 1/8 finału był w wykonaniu faworyta bardzo… hiszpański. Mnóstwo wymienionych podań, przytłaczająca przewaga w posiadaniu piłki i bardzo mało konkretów w polu karnym przeciwników. Zaledwie jeden celny strzał przez całe spotkanie oddany na bramkę Bounou. Wielkie nadzieje Hiszpanów prysły jak mydlana bańka, a Enrique stracił posadę. Jego następcą został Luis de la Fuente.












