Surowy trener z niższych lig, były piłkarz Schalke 04; z Gryfem Wejherowo i Sokołem Ostróda ratował drużyny przed spadkiem.
Jarosław Kotas urodził się 4 kwietnia 1962 roku w Starogardzie Gdańskim. Dwie ulice dalej mieszkał Kazimierz Deyna, który kiedyś grał z jego ojcem w Starogardzie. Deyna załatwiał mu bilety, na przykład na Atlético Madryt, a Kotas po uścisku jego dłoni zapowiadał, że tej ręki nie będzie myć. Piłkarsko wolał Johana Cruyffa. Z zawodu jest kucharzem.
Jako pomocnik zaczynał we Włókniarzu i Wierzycy Starogard, potem grał w Wiśle Tczew, Zawiszy Bydgoszcz i Bałtyku Gdynia, w którym występował w I lidze. W Zawiszy, klubie wojskowym, po awansie do I ligi poproszono go o przemowę do generała. Dostał kartkę z tekstem zaczynającym się od „Szanowny Towarzyszu…”, wrzucił ją do kosza i improwizował, aż rozbawił całą salę.
W drugiej połowie lat 80. wyjechał do RFN. Najpierw trzy dni testów w 1. FC Köln, gdzie, jak wspomina, wokół same gwiazdy, jak 38-letni Morten Olsen bez grama tłuszczu, który po meczu jeszcze robił przebieżki. Potem Schalke 04, w którym występował w latach 1988–1991. Spotkał tam Jensa Lehmanna, który w autokarze potrafił godzinami pracować na ściskanej sprężynie, oraz Toniego Schumachera i trenera Petera Neururera. Przez pierwsze dwa lata, jak mówi, bał się przyznać, że jest z Polski, i mówił, że z Norwegii albo Holandii. W Niemczech zmierzył się z innym podejściem: dwa treningi dziennie, po pierwszym wracał do domu, jadł i szedł spać, a kibice przy bezbramkowym remisie skandowali „aufwachen”, obudźcie się. Potem grał jeszcze w niższych niemieckich ligach, w Arce Gdynia, Rot-Weiss Cuxhaven, Wiśle Tczew i Pogoni Lębork, gdzie skończył w 2000 roku. Mówi o sobie, że przeżył piętnaście lat na Zachodzie.
Pracę trenerską zaczął jeszcze jako piłkarz, w 1996 roku w trzecioligowej Arce Gdynia. Zaproszenie dostał od Jacka Dziubińskiego i przyjechał obejrzeć pucharowy mecz z Górnikiem Zabrze; zaimponowało mu pięć tysięcy kibiców, którzy w mróz uciekli ze szkół i z pracy. Postawił klubowi jeden warunek: ma go zwolnić, jeśli Arka nie będzie na pierwszym miejscu albo przegra dwa mecze z rzędu. Jak opowiada, z Piotrem Rzepką w ataku i sobą w pomocy prowadzili tabelę. Szkoły trenerskiej uczył się w Niemczech, a w Duisburgu, jak wspomina, razem z Michałem Probierzem.
W 1999 roku został pierwszym trenerem Aluminium i KP Konin. W sezonie 2002/2003 był asystentem w ekstraklasowym Widzewie Łódź. Przez następne lata pracował w klubach Pomorza: w Kaszubach Połchowo, Cartusii Kartuzy, Gryfie Tczew i trzy razy w Orkanie Rumia. Z Rumią związana jest jego najsłynniejsza wypowiedź. Po remisie 1:1 z Cartusią w III lidze powiedział, że pokłócił się w szatni z piłkarzami, bo to w większości magistrowie i absolwenci fakultetów, a „piłkarsko to my jesteśmy debilami”. Dzielił, jak tłumaczył, futbol na dwa poziomy inteligencji, prywatny i piłkarski, a w pamięci kibiców zostało tylko to jedno słowo. Zimą 2012 roku wrócił do rodzinnego miasta i objął beniaminka IV ligi KP Starogard, zagrożonego spadkiem.
W styczniu 2016 roku trafił do Gryfu Wejherowo jako asystent. Na początku 2017 roku, po odejściu Mariusza Pawlaka, pierwszy raz został tam pierwszym trenerem, a od lipca pracował jako asystent Piotra Rzepki. W styczniu 2018 roku znów przejął zespół, wiosną odwrócił jego losy i utrzymał go w II lidze. Dziennik Bałtycki zatytułował rozmowę z nim: „Przed rozpoczęciem rundy mówiłem, że się utrzymamy i słowa dotrzymam”. W maju 2018 roku rozstał się z klubem po zwycięstwie w Legionowie. Gdy w 2017 roku ratował Gryf, jak sam mówi, dostał na pół roku licencję UEFA Pro. Opowiadał potem, że zapisał się na kurs i że jeśli dostanie licencję i w dwa lata się nie przebije, wrzuci ją do kominka i spali. Licencja, którą wskazuje jako swoją, to UEFA A.
Od maja 2018 roku prowadził Sokół Ostróda, występujący wtedy w III lidze (czwarty szczebel), i utrzymał go w lidze. Trafił do klubu, który według jego opowieści od 60. czy 70. minuty meczu nie istniał na boisku, a po piętnastu latach na Zachodzie bazę w Ostródzie nazwał szokiem, choć żartował, że może dlatego, że wcześniej pracował w Wejherowie. Od lipca 2019 roku był dyrektorem sportowym, a w sezonie 2020/2021, pierwszym Sokoła w II lidze, drużynę prowadził Piotr Jacek. Kotas pozostał w klubie „człowiekiem orkiestrą”, jak określiła go Gazeta Olsztyńska: pompował piłki i załatwiał wodę, bo, jak mówił, żadnej pracy się nie boi.
1 lipca 2021 roku po odejściu Jacka wrócił na ławkę. Klub nie mógł płacić za drogich zawodników, więc Kotas budował kadrę z juniorów z Ostródy, graczy z województwa i wypożyczonych z innych klubów, tłumacząc młodym, że II liga to dla nich okno wystawowe na całą Polskę. Sokół zaczął sezon od dziesięciu porażek. 28 września 2021 roku Kotas stracił pracę kilka dni po wywiadzie dla TVP Sport, w którym mówił o problemach organizacyjnych i finansowych klubu.
Po Ostródzie prowadził czwartoligowy Górnik Konin (od grudnia 2021 roku, drużynę z ostatniego miejsca w tabeli, w mieście, w którym w 1999 roku prowadził Aluminium), w 2023 roku Wierzycę Pelplin, a w lipcu 2025 roku został trenerem LKS Szaflary.
Mówi o sobie, że jest ze „starej szkoły”. Ceni trenerów, którzy sami grali i coś w futbolu osiągnęli, jak Adam Nawałka. Piłkarzy ocenia nie tylko po boisku: chce wiedzieć, jakim jest człowiekiem, czy powiedzą dzień dobry, czy przepuszczą kobietę w drzwiach restauracji, bo, jak mówi, w drużynie chce widzieć ludzi, a nie samych idiotów. Uważa, że trener musi być psychologiem szatni.
Uchodzi za surowego. Lubi, jak opowiadano, dokręcić śrubę na zajęciach w tygodniu, a po meczu skrytykować zawodnika z imienia i nazwiska. Sam przyznaje, że bywa za srogi, ale nie złośliwy, bo mu zależy na karierze piłkarza. Młodzieżowcom wytyka zaległości, nawet w tym, co jedzą, i krytykuje juniorów, którzy uważają się za najlepszych na świecie, a w III lidze nie mają nic do powiedzenia.
Z nieufnością patrzy na technologię. Opowiada, jak biegał z drogim zegarkiem sportowym od działaczy z Wejherowa: zegarek zaczął piszczeć po kilometrze, a po siódmym Kotas zszedł z trasy, bo zamiast biegać się stresował. Nadajniki, które w Arce Gdynia zakładano piłkarzom, nazywa batem: zawodnik myśli o przebiegniętych kilometrach, a ktoś inny przebiegnie cztery i strzeli trzy bramki. Uważa, że zawodnik musi znać swój organizm i sam rozłożyć siły.
W małych klubach stawia na zawodników z regionu i chce, żeby co okienko piłkarze odchodzili do lepszych klubów, a własny sukces mierzy właśnie tym, ilu z nich się wybije.
„Piłkarz ma być maszyną, ale to nie technologia ma z niego tę maszynę zrobić.” (Weszło, listopad 2017)
„My nigdy nie awansujemy do Ekstraklasy, ani nigdy nie przyjedzie do nas Juventus. Dlatego bardzo bym chciał, żeby co okienko chłopcy odchodzili do lepszych klubów.” (Nasze Miasto, listopad 2018)
11
meczów
0,27
punktu na mecz
1
zwycięstwo · 0 remisów, 10 porażek
| Okres | Klub | Pkt/mecz | |||
|---|---|---|---|---|---|
| 20212 liga | 2 liga | 11 | 1-0-10 | 0,27 | |
| 2018 | |||||
| 2017 |