Za nami mecz z Niemcami. Po wielkim historycznym triumfie ponownie porozmawialiśmy z Michałem Trelą. Dziennikarz „Przeglądu Sportowego” mówi nam o swoich wrażeniach związanych z tą konfrontacją, a także o obawach związanych z meczem ze Szkotami. Jakie jest ryzyko i dlaczego nie warto stawiać na 1:0?
Chyba trzeba od tego zacząć po naszej ostatniej rozmowie – jest Pan zaskoczony tym wynikiem? Dotarło już do Pańskiej świadomości, że rzeczywiście udało się wygrać z Niemcami?
Co do pierwszej kwestii – nie ma o czym mówić. Jestem bardzo zaskoczony. Jak rozmawialiśmy przed meczem (wywiad do przeczytania tutaj – przyp. red.), dawałem nam jeden procent szans i to nie racjonalnych, ale na zasadzie, że futbol jest często nieprzewidywalny. Oglądając ten mecz, nawet jak prowadziliśmy 1:0 na 20 minut przed końcem, widziałem, że Niemcy i tak cały czas atakowali. Byłem przekonany, że nie dotrzymamy tego wyniku. Dopiero gol Sebastiana Mili uświadomił mi, że wygram, choć ziarna niepewności nie zabrakło. Dotarło to już do mnie, ale muszę to głośno przyznać – jestem w wielkim szoku.
Radość po meczu była wielka. Nie ma Pan może jednak wrażenia, że to smutne, że taka euforia jest tylko po jednym, dość przeciętnym spotkaniu? Czy może rozumie Pan wszystkich kibiców i piłkarzy – wszak wygraliśmy z mistrzami świata.
Musi być taka euforia. Ci zawodnicy, jako drużyna narodowa, notorycznie przegrywali, byli wyszydzani. W swoich karierach w kadrze nie rozegrali porywających meczów. Wczoraj też nie było to coś wielkiego, ale ogranie mistrzów świata, Niemców, w meczu o punkty – to jest niesamowicie wielkie osiągnięcie, nawet jeśli jesteśmy w stanie znaleźć jakieś niedociągnięcie. Rozumiem to, że piłkarze się cieszą. Myślę, że bardziej niż kibice. Tuż po meczu trzeba się radować. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to trwało bardzo długo, że w tym momencie kadrowicze są już myślami przy meczu ze Szkocją. Bardziej bym się martwił, gdyby po takim meczu się nie cieszyli…
W meczu z Niemcami zagraliśmy na dwóch napastników. To jeden z powodów, dzięki któremu Arek Milik strzelił gola? Robert Lewandowski na swoje plecy ściągnął dwóch defensorów, co dało miejsce piłkarzowi Ajaksu. Przyniosło to zamierzony efekt – czy teraz non stop powinniśmy grać właśnie takim systemem?
Napastnicy podkreślają, że łatwiej im się gra, gdy mają drugiego kolegę obok siebie, nie są osamotnieni, a mają komu odegrać piłkę. Zawsze partner absorbuje też część uwagi obrońców. Dla Milika i Lewandowskiego lepiej jest, gdy ten drugi jest na boisku. Jeśli chodzi o kolejne spotkania, to chyba nie ma innego wyjścia. Żeby grać 4-2-3-1, to trzeba mieć „dziesiątkę”, czyli kogoś, kto naturalnie umie grać za plecami Roberta. Nie widzę w polskiej piłce kogoś takiego, więc trzeba kombinować inaczej. Przy naszym stanie posiadania 4-4-2 to coś zupełnie naturalnego. Jeśli przeciw Niemcom się to sprawdziło – czemu z tego nie korzystać?
Co sądzi Pan o pomyśle, by to Robert stał się tą „klasyczną dziesiątką”? W meczu z Niemcami to właśnie on cofał się i pomagał w rozegraniu, a w tym czasie to zawodnik Eredivisie stał na szpicy.











