Zespół Tottenhamu po raz kolejny udowodnił, że należy go stawiać na równi z najlepszymi klubami ligi angielskiej. Tym razem popularne „Koguty” pewnie pokonały Aston Villę 2:1 po dwóch trafieniach Rafaela van der Vaarta. Zadanie było dodatkowo utrudnione, gdyż od 27. minuty londyńczycy grali w dziesiątkę.
W pierwszych minutach optyczną przewagę osiągnęła Aston Villa. Dużo kłopotów defensywie gości sprawił zwłaszcza Downing. Chwilę później ze strzelenia gola cieszyli się piłkarze Tottenhamu. Po akcji Alana Huttona piłkę do bramki z bliskiej odległości wepchnął Kaboul, lecz zdaniem sędziego w momencie podania futbolówką była już za linią i gol nie został uznany. Nie minęło pięć minut a znakomitą okazję do wyjścia na prowadzenie miała Aston Villa. Szansę na zdobycie gola miał Agbonlahor, lecz po jego strzale udaną interwencją popisał się Heurelho Gomes, dobitka również padła łupem brazylijskiego bramkarza. 23. minuta przyniosła wreszcie zmianę wyniku. Bohaterem akcji był ponownie Hutton, który po rajdzie prawą stroną boiska posłał celne dośrodkowanie w pole karne, a tam niepilnowany van der Vaart precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w bramce.

Pierwsze 25 minut spotkania mogło się podobać. Tempo gry było bardzo szybkie, oglądaliśmy wiele akcji, często rozgrywanych z rozmachem, nie zabrakło też goli, choć tylko jeden był strzelony prawidłowo. Później byliśmy świadkami brzydkiego zagrania w wykonaniu Jermaina Defoe. Napastnik reprezentacji Anglii w wyskoku do piłki uderzył rywala łokciem w twarz. To zagranie nie umknęło uwadze sędziemu, który bez zastanowienia pokazał czerwoną kartkę snajperowi Tottenhamu.
W kolejnych minutach przewagę znów uzyskała Aston Villa, lecz niewiele brakowało, żeby to goście podwyższyli wynik. Po jednej z kontr w doskonałej sytuacji znalazł się Palacios, lecz piłka po jego strzale wylądowała tuż obok lewego słupka bramki Brada Friedela.
Początek drugiej połowy stał pod znakiem przewagi gospodarzy, lecz nie przyniosło to żadnego efektu bramkowego. Za to w 67. minucie nie pierwszy raz w tym sezonie piłkę zaczarował Gareth Bale. Walijczyk popędził z piłką z własnej połowy i mijał rywali niczym Diego Maradona w 1986 roku, następnie zdecydował się na podanie do znakomicie ustawionego Lennona, ten jeszcze wycofał piłkę do nadbiegającego van der Vaarta a Holender plasowanym strzałem nie dał szans golkiperowi Aston Villi.
W 80. minucie zespół z Birmingham zdobył bramkę kontaktową. Z poza pola karnego dośrodkować próbował Marc Albrighton, na piątym metrze znalazł się Collins, lecz nie zdołał on sięgnąć piłki, co zupełnie zmyliło interweniującego Gomesa. Od tej pory obie ekipy dzieliła różnica tylko jednej bramki i można było się spodziewać huraganowych ataków gospodarzy w ostatniej części spotkania.










