Tottenham Hotspur po raz kolejny zwiódł swoich kibiców. Tym razem podopieczni Andre Villasa-Boasa przegrali na własnym boisku z Fulham. Gospodarzy pogrążył były napastnik tego klubu – Dimitar Berbatow.
Tottenham miał prawo czuć się zmęczony po dramatycznym meczu z Interem Mediolan w Lidze Europy. Pojedynek z Fulham nie zapowiadał się więc łatwo. Jednak w porównaniu z meczem w Mediolanie w składzie „Spurs” nastąpiła poważna zmiana, zagrać mógł Garreth Bale, który potrafi zrobić różnicę nawet w meczach z najsilniejszymi rywalami.

Od pierwszego gwizdka sędziego zawodnicy Fulham próbowali grać szeroko. Często powtarzanym schematem było zagranie długiej piłki na skrzydło, a następnie próba dośrodkowania, jednak gościom nie udawało się w ten sposób stworzyć większego zagrożenia. Gospodarze natomiast liczyli na cud. Ten cud według nich nazywał się Gareth Bale, ale nawet on potrzebuje wsparcia partnerów, żeby przeprowadzić niebezpieczną akcję. Pierwsze pół godziny tego spotkania można określić prostym stwierdzeniem – wiało nudą.
Tottenham czekał na Bale’a tak długo, aż się doczekał na… Berbatowa. Były napastnik „Spurs” okazał się najsprytniejszy w polu karnym i po dośrodkowaniu Riethera wpakował piłkę do siatki. Kilka chwil później mogło być 2:0. Kolejne dośrodkowanie padło łupem Hangelanda i norweski obrońca strzałem głową napędził sporo strachu Hugo Llorisowi, jednak ostatecznie zabrakło mu precyzji.
Ekipie trenera Andre Villasa-Boasa właśnie wymykała się z rąk Liga Mistrzów. Nie było więc innego wyjścia, jak ruszyć do ataku. W 70. minucie szansę na wyrównanie miał Defoe, jednak jego strzał z siedmiu metrów sobie tylko znanym sposobem wyłapał Schwarzer. Zamiast pójść za ciosem Tottenham znów schował się za podwójną gardą i czekał na odpowiedni moment do zadania ciosu. Ten moment jednak nie nadchodził, a czas uciekał. Gospodarzom nie pomagał zupełnie niewidoczny Bale, choć trzeba przyznać, że defensorzy Fulham skutecznie uprzykrzali mu życie przez całe spotkanie. Kiedy wydawało się, że Tottenham nie stworzy już większego zagrożenia, po akcji prawym skrzydłem w świetnej sytuacji znalazł się Defoe. Napastnik gospodarzy otrzymał doskonałe podanie i z pięciu metrów mocno strzelił na bramkę Schwarzera, jednak ten był dziś znakomicie dysponowany i po raz kolejny nie dał się zaskoczyć. Mecz dość niespodziewanie zakończył się zwycięstwem gości i trzeba przyznać, że to właśnie australijski golkiper był jednym z głównych architektów zwycięstwa Fulham. Co to oznacza dla Tottenhamu? Być może kolejny start w Lidze Europy.











