Przerwa reprezentacyjna to dobry moment, aby napisać kilka słów o starcie Premiership. Niby pierwszy miesiąc rozgrywek należy traktować wyjątkowo, wszak historia pokazała przecież wielokrotnie, że słaby początek nie oznacza tożsamego zakończenia. Warto jednak przyjrzeć się szczegółowo Tottenhamowi, który zanotował najlepszy start w klubowych kronikach, i który ma nadspodziewanie duże szanse na dołączenie do tzw. „wielkiej czwórki”.
Harry „Czary mary” Redknapp
Jak pisałem we wstępie, nie mam zamiaru po czterech kolejkach rozstrzygać o szansach zespołów na triumf w rozgrywkach. Każdy, kto próbowałby zrobić to już dziś, mógłby się w maju solidnie rozczarować. Żywym przykładem tego jest Manchester United, który od trzech sezonów gubi punkty na starcie. Fakt ten nie przeszkadza jednak „Czerwonym Diabłom” sięgać po kolejne mistrzowskie laury. Identycznie ma się sprawa z Tottenhamem. Daleki jestem od wyciągania odważnych wniosków z solidnej, a przede wszystkim skutecznej gry „Kogutów”. Trzeba być jednak ślepym, aby nie zauważyć, jak wielką metamorfozę przeszedł zespół Redknappa w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

W tym miejscu należy przypomnieć niechlubny dla Tottenhamu początek sezonu 2008/2009. Zespół prowadzony przez Juande Ramosa po ośmiu kolejkach zajmował ostatnie miejsce w tabeli, mając na koncie zaledwie 2 punkty. Kibice „Kogutów” smak zwycięstwa poczuli dopiero w połowie września, gdy na White Hart Line zawitała Wisła Kraków. Nie uratowało to jednak skóry Hiszpana, który pierwsze ligowe zwycięstwo z Boltonem mógł obejrzeć co najwyżej w telewizji, gdyż wcześniej z hukiem opuścił High Street.
Redknapp, zatrudniony w miejsce Ramosa, nie tylko poprawił styl gry zespołu, ale powoli zaczął naprawiać wszystkie błędy hiszpańskiego poprzednika. Najważniejszym posunięciem było sprowadzenie z powrotem na White Hart Line Defoe i Keane’a, napastników, których Ramos pozbył się z klubu lekka ręką. Drużyna znów miała swojego kapitana i bez żadnych problemów wydobyła się ze strefy spadkowej, zajmując na finiszu solidne ósme miejsce. Redknapp, ze względu na swój zbawienny wpływ na zespół, został ochrzczony w Anglii przydomkiem „Houdini”. Do historii Premier League przejdą mecze z Arsenalem na Emirates (4:4) i wygrana na własnym stadionie z Liverpoolem, dla którego była to pierwsza porażka w rozgrywkach.
Defoe i… reszta z Portsmouth
Przed obecnym sezonem Redknapp przemeblował lekko skład drużyny. Nie były to jakieś spektakularne wzmocnienia, jednak każdy z dokonanych transferów to kolejna cegiełka do efektownej i efektywnej gry „Kogutów”. Po raz pierwszy od wielu lat na White Hart Line nie trafili przypadkowi piłkarze, a zawodnicy, którzy doskonale rozumieją i realizują nakreśloną przez Redknappa koncepcję drużyny. Świetnym posunięciem był zakup Sebastiena Bassonga. Kameruńczyk wraz z Ledley’em Kingiem stanowią jedną z najlepszych par środkowych obrońców w lidze. Wspierani na bokach przez Ekoto i Corlukę, mogą stać się w krótkim czasie zaporą nie do przejścia. Jedynym słabym elementem „na tyłach” jest pozycja bramkarza. Ani Cudicini, ani Gomes nie spełniają na razie oczekiwań swojego managera.










