Dobiegła końca 17. kolejka Premiership. Emocji nie brakowało, w każdym z czterech środowych spotkań padały gole. Nie brakowało niespodzianek i ładnych goli. Na czele tabeli po tej kolejce utrzymała się Chelsea Londyn.
W hicie 17. kolejki Premiership Tottenham pokonał na White Hart Lane Manchester City 3:0. To była dopiero druga porażka „The Citizens” w tym sezonie. Wcześniej podopieczni Marka Hughesa ulegli tylko w derbach Manchesteru, kiedy stracili gola w 97. minucie meczu po strzale Michaela Owena. Manchester City nie zdołał nawiązać nawet równorzędnej walki ze swoim rywalem z Londynu. Tottenham przeważał w każdym aspekcie i zasłużył na to zwycięstwo. Bardzo dobry mecz zaliczył Niko Kranjcar, strzelec dwóch goli dla gospodarzy.
Chorwat otworzył wynik tego spotkania w 37. minucie. Piłka trafiła do pomocnika Tottenhamu dość przypadkowo po pechowym odbiciu od Stephena Irelanda, Kranjcar, nie zastanawiając się ani chwili, uderzył i pokonał bezradnego Shaya Givena. Dziesięć minut po przerwie rezultat podwyższył niezawodny Jermain Defoe, po świetnym podaniu głową Petera Croucha. Dla angielskiego napastnika było to trzynaste trafienie w sezonie. Piłkarze Manchesteru City byli bezradni, wszystkie ich ataki rozbijali defensorzy Spurs z Benoit Assou-Ekotto na czele, który stał się cichym bohaterem tego spotkania. Kameruńczyk grał jak z nut i przerywał większość akcji rywali. Goście usilnie dążyli do wyrównania, ale ani Carlos Tevez, ani Emmanuel Adebayor nie byli w stanie nic zrobić. W końcówce podłamanych graczy City pogrążył Niko Kranjcar, strzelając, po wspaniałej solowej akcji, swojego drugiego gola w tym meczu. Absolutnie zasłużona wygrana Tottenhamu, który wrócił tym samym na właściwe tory.
Wielką niespodzianką środowej serii spotkań był podział punktów na Turf Moor, gdzie Burnley podejmowało kandydujący do zdobycia mistrzostwa Arsenal. Londyńczycy swoją grą w tym spotkaniu nie potwierdzili wielkich aspiracji. Co prawda „Kanonierzy” szybko zdobyli gola za sprawą Cesca Fabregasa już w 7. minucie, ale w 28. minucie do wyrównania doprowadził 38-letni Graham Alexander. Piłkarz Burnley zdobył bramkę z rzutu karnego po faulu w szesnastce Thomasa Vermaelena. To był ostatni gol w tym meczu. Bliscy wygranej byli, to zadziwiające, gospodarze. Arsenal nie potrafił skonstruować groźnej akcji. Podopiecznych Arsene’a Wengera przed porażką uratowało wielkie szczęście. Burnley miało kilka dogodnych okazji do wyjścia na prowadzenie. Niestety, dzięki takim spotkaniom Arsenal oddala się od szans na zdobycie mistrzostwa Anglii.
Niespodzianką zapachniało również na Stamford Bridge. Na mecz z Chelsea przybył Avram Grant wraz z prowadzonym przez niego Portsmouth. Izraelczyk, który całkiem niedawno trenował drużynę „The Blues”, bardzo chciał wygrać ten pojedynek. Widać to było od samego początku. Goście grali ambitnie i starali się zapomnieć, że pojedynkują się z liderem. Na ziemię szybko sprowadził ich Nicolas Anelka. W 22. minucie Francuz trafił do siatki i otworzył wynik spotkania. Nie brakowało strzałów i groźnych akcji pod jedną i drugą bramką. „The Pompeys” schodzili do szatni ze stratą jednego gola, ale nadrobili to kilka minut po wyjściu z niej. Zamieszanie pod bramką Chelsea wykorzystał Frederic Piquionne i pokonał Cecha. Pachniało sensacją, ale tę woń rozwiał w 78. minucie Frank Lampard, który wykorzystał rzut karny podyktowany dla jego zespołu. Lampard ustalił wynik meczu na 2:1, a jego drużyna mogła radować się z trzech zdobytych punktów.










