Ostatnim sobotnim spotkaniem w ramach szóstej kolejki Premier League był pojedynek West Ham United z Liverpoolem. Rozpędzona drużyna „The Reds” przyjechała na Upton Park z nadzieją wywiezienia trzech punktów. Udało się, a duża w tym zasługa napastnika w białej koszulce z numerem dziewięć.
W ostatnim meczu tych zespołów, w maju tego roku, podopieczni Rafaela Beniteza bez trudu ograli „Młoty” aż 3:0, dwie bramki zdobył Steven Gerrard, a jedno trafienie dołożył Ryan Babbel. Liverpool jest na fali. Po niezbyt udanym początku piłkarze z miasta Beatlesów wrócili na właściwe tory i wygrali trzy ostatnie mecze. W porównaniu z ostatnim ligowym pojedynkiem z Burnley, wygranym przez Liverpool 4:0, Benitez dokonał jednej zmiany: za Rierę w pierwszej jedenastce pojawił się Mascherano. Co do gospodarza dzisiejszego meczu, „Młotom” nie wiedzie się na razie w obecnych rozgrywkach. Po wygranej na inaugurację ligi z Wolverhampton, West Ham przegrał z Tottenhamem i Wigan oraz wywalczył remis w pojedynku z Blackburn. Do składu na mecz z Liverpoolem wrócili dwaj ważni zawodnicy „Młotów”: Valon Behrami i Herita Llunga. Ponadto w ekipie gospodarzy zadebiutował piłkarz pozyskany niedawno z Livorno za pięć milionów funtów, Alessandro Diamanti, specjalista od rzutów wolnych. Jak się okazało, debiut Włocha był bardzo udany…
Już od samego początku goście byli w poważnych tarapatach. Po błędzie Carraghera do piłki dopadł Hines, ale ta po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Mimo optycznej przewagi „The Hammers” w pierwszych fragmentach, to przyjezdni otworzyli wynik meczu. Fernando Torres świetnie zakręcił Tomkinsem i uderzył w krótki róg bramki Greena. To nie był szczęśliwy mecz dla Jamiego Carraghera… Obrońca „The Reds” w 29. minucie faulował w polu karnym Hinesa, a sędzia bez wahania wskazał na jedenasty metr. Egzekutorem rzutu karnego stał się nikt inny jak wcześniej wspomniany specjalista od stałych fragmentów, debiutant w zespole gospodarzy, Alessandro Diamanti. Włoch nie miał problemu z pokonaniem Reiny.
Podopieczni Beniteza nie przestali atakować i przyniosło to oczekiwany efekt w 41. minucie, kiedy po dośrodkowaniu Benayouna z rzutu rożnego piłkę do bramki londyńczyków wpakował Gerrard z lekką pomocą Kuyta. Po raz kolejny Liverpool ze swojej bramki cieszył się tylko przez kilka minut. Dokładnie 360 sekund później gola zdobył bardzo aktywny w tym meczu Carlton Cole, wyrównując również po rzucie rożnym. Wszystko w pierwszej połowie mściło się na drużynie Beniteza.
Drugą część gry piłkarze Liverpoolu zaczęli zgoła inaczej. „The Reds” przeważali i nie dawali dojść do głosu podopiecznym Gianfranco Zoli. Gospodarze bronili się dzielnie na własnej połowie, a większość akcji Liverpoolu kończyła się na skutecznie odbierających im piłkę obrońcach. Przyjezdni konsekwentnie dążyli do ponownego objęcia prowadzenia. Udała im się ta sztuka w 75. minucie. Autorem trzeciej bramki dla Liverpoolu był Torres, po dokładnym podaniu od Babela. Mało brakowało, a Carlton Cole błyskawicznie odpowiedział kolejnym trafieniem, jednak strzał Anglika szczęśliwie obronil Pepe Reina.










