Niemiecka piłka obecnie znajduje się w okresie rozkwitu. Bundesligę oglądają miliony kibiców, zasila ją coraz więcej młodych talentów, a sama liga posiada najwięcej zdrowo zarządzanych zespołów.
Genezę obecnego stanu rzeczy staraliśmy się przedstawić niecały rok temu w serii artykułów z okazji 50-lecia Bundesligi. Na polski rynek wydawniczy trafiło niedawno o wiele obszerniejsze dzieło. Nowopowstałe wydawnictwo Kopalnia zajęło się dystrybucją książki „Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej” autorstwa Ulricha Hessego, którą przetłumaczył Piotr Żelazny, do niedawna dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Już okładka budzi zachwyt i świetnie obrazuje, o czym opowiada książka. Zdobią ją historyczne flagi Prus, III Rzeszy, RFN i obecnych Niemiec, a także trzy postaci niemieckiej piłki, reprezentujące zupełnie inne epoki: Franz Beckenbauer, Lothar Mätthaus i Lukas Podolski.

Po początkowym zachwycie okładką, możemy zapoznać się ze specjalną dedykacją Ulricha Hessego, który zdaje sobie sprawę z wkładu Polaków w niemiecki futbol. Potem pozostaje nam przebrnięcie przez przedmowę Mateusza Borka oraz samego autora i możemy rozpocząć niesamowitą podróż.
Zanim jednak rozpocznę ciąg pochwał, chciałbym jednak zacząć od tego, co złe (lub niedostatecznie dobre). Choć książka napisana jest prostym językiem, to w pewnych momentach natłok nazwisk, dat i wydarzeń nie tworzy spójnej całości. Wtedy niektóre fragmenty należy przeczytać kilka razy. Łatwiej przyswoić treść osobom przynajmniej w pewnym stopniu zaznajomionym z historią piłki jak i ogólną Niemiec. Książka zawiera też kilka małych pomyłek jeśli chodzi o fakty. Chociażby Norbert Siegman nie przeciął łydki Ewalda Lienena, lecz udo, a poszkodowany podbiegł do trenera rywali zanim zaszyto mu głęboką ranę, a nie później.
Lubiących wszelaką krytykę już żegnam, bo zalet jest o wiele więcej. „Tor!” to przede wszystkim ogromne źródło w miarę przystępnie podanej wiedzy o niemieckim futbolu, pełne ciekawych wydarzeń, interesujących osobowości, zaskakujących zwrotów akcji i słynnych wypowiedzi. Do tego oprócz historii piłki nożnej sprytnie został „przemycone” nastroje, zachowania i obawy społeczeństwa niemieckiego na przestrzeni dziesięcioleci. Tworzy to niesamowity klimat tej książki, który pozwala z łatwością wczuć się w przedstawiane historie.
W ten sposób wraz z Herbertem Zimmermannem (komentatorem radiowym) przeżywamy finał mistrzostw świata w 1954 roku, jednocześnie dowiadując się, jak ważne było to dla Niemców. Nie śmiejemy się z Branko Zebeca, a zamiast tego mocno współczujemy nałogu alkoholowego. Śmiejemy się za to z wypowiedzi Adama Matyska („Zawsze to samo gówno”), choć jest to raczej śmiech przez łzy, gdyż zdajemy sobie sprawę, że jest oznaką bezradności wobec Bayernu.











