Throwback Thursday: Mario Jardel, czyli Złote Buty, Brazylia i kokaina


31 marca 2016 Throwback Thursday: Mario Jardel, czyli Złote Buty, Brazylia i kokaina
Desporto.sapo.pt

Mario Jardel. Czy ktoś jeszcze pamięta to nazwisko? Gdy je wypowiadano, nogi bramkarzy uginały się do samej murawy. 255 bramek w sześć lat. Jardel ustanawiał snajperskie rekordy nie do pobicia, zanim ktokolwiek słyszał o Messim i Cristiano Ronaldo. W swoim czasie należał do absolutnego topu napastników na świecie. Czy można takiego gracza nie doceniać? Oczywiście, jeśli ma się w składzie Ronaldo i Rivaldo. Historia o wielkiej piłce, depresji i upadku.


Udostępnij na Udostępnij na

Rok 2002, Brazylia wyjeżdża na mundial do Korei i Japonii. W kadrze nie brakuje gwiazd – Ronaldo, Rivaldo czy Roberto Carlos to piłkarze z absolutnego światowego topu. Problem tkwi jednak w tym, że Luiz Felipe Scolari nie powołał tylko asów – w talii selekcjonera znalazły się takie figury, jak: Denilson, Edilson i Luizao.

Nie umniejszając poziomu wyżej wymienionych, przy Jardelu byli co najwyżej dziewiątkami. On był dżokerem. Grał wtedy w Sportingu, właśnie rozegrał najlepszy sezon w karierze, dostał drugiego Złotego Buta za 42 gole na ligowym koncie (plebiscyt czekał na zwycięzcę z większą liczbą bramek aż 10 lat) i cierpliwie czekał na telefon od selekcjonera. Nie doczekał się.

21-letni król strzelców

Cofnijmy się do 1995 roku, a dokładnie do 30 sierpnia. Gremio Porto Alegre remisuje 1:1 drugie spotkanie finałowe z kolumbijskim Atletico Nacional i po raz drugi w historii, po 12-letniej przerwie, sięga po Copa Libertadores, a więc południowoamerykański odpowiednik naszej (choć to słowo jest bardzo nieodpowiednie) Ligi Mistrzów. Pierwszy mecz zakończył się wynikiem 3:1 dla Brazylijczyków. Drugiego gola dla wygranej ekipy strzelił 21-letni Mario Jardel.

Młodzik w 10 spotkaniach strzelił 12 bramek i w cuglach został królem strzelców rozgrywek. Już wcześniej usłyszała o nim piłkarska Europa – przez pięć lat w Brazylii strzelił aż 93 gole. Najpierw cieszyli się z nich fani Vasco da Gama, a później właśnie Gremio. Tam od 1994 do 1996 roku strzelił 67 goli w 73 spotkaniach, obok takiego dorobku nie mogli przejść obojętnie rekruci ze Starego Kontynentu. Tymczasem Gremio na kolejny finał czekało 12 lat. Zostało rozgromione 5:0 przez Boca Juniors.

Siedem goli w 45 minut i cztery korony z rzędu

Sezon 1996/1997 rozegrał już w barwach Porto. Tam od razu stał się napastnikiem światowej klasy. Myśleliście, że tylko Ronaldo i Messi mają większą średnią niż bramka na mecz? Mario Jardel w czterech sezonach w Porto rozegrał 125 ligowych spotkań, w których strzelił… 130 goli. Łącznie z pucharami – 169, 166 bramek. Lewa czy prawa noga – żadna różnica. Głowa – prawdopodobnie najlepszy zawodnik drugiej połowy lat 90. Dla Jardela dośrodkowanie było jak rzut karny, tylko trochę łatwiejsze.

Cztery sezony, cztery kolejne tytuły króla strzelców. Tylko jeden piłkarz dokonał tego wcześniej, był to oczywiście Eusebio. Oprócz tych dwóch panów nikt takiego osiągnięcia w historii ligi portugalskiej nie powtórzył. W dużej mierze dzięki niemu Porto do dwóch tytułów przed jego przyjściem dołożyło trzy następne, co jest kolejnym ewenementem w ojczyźnie Cristiano Ronaldo.

Mario Jardel (fot. Trivela.uol.com.br)
fot. Trivela.uol.com.br

– Z historii Porto już mnie nikt nie wyrzuci – powiedział w 1998 roku po meczu Pucharu Portugalii z Juventude Evora. Do przerwy jego zespół prowadził 2:1. „Super Mario” wszedł na boisko i strzelił… siedem bramek. I bez tego nikt by go nie wyrzucił. Jest ósmy na klubowej liście strzelców wszech czasów, a przed nim nie ma nikogo, kto był w klubie później. Czterokrotny król strzelców ligi, dwukrotny pucharu, jego 36 goli w 32 meczach w sezonie 1998/1999 dało mu Złotego Buta, rok później do spółki z Rivaldo i Raulem został najskuteczniejszym snajperem Ligi Mistrzów.

Mundial 1998, w którym Brazylijczycy polegli dopiero w finale, Mario Jardel oglądał w telewizji. Pojechali: Ronaldo, Rivaldo, Bebeto i… Edmundo. Ten ostatni nie strzelił nawet pół gola. Nie imponował też niczym przed turniejem. Nasz bohater zaś w dwóch sezonach z rzędu strzelił po 37 bramek. Dla Mario Zagallo, który już po raz trzeci prowadził reprezentację, to nie wystarczyło. Jardel wybaczył. I czekał.

Upokorzony Real i para Złotych Butów

Nie doczekał się również telefonu z klubu ze światowego topu. Zadzwonili za to ze Stambułu, zaoferowali bajońskie sumy i tak oto Mario Jardel wylądował w Galatasaray. Wszedł z przytupem, w meczu o Superpuchar Europy strzelając dwie bramki Realowi, najpierw w regulaminowym, a później w doliczonym czasie gry, pieczętując zwycięstwo świeżo upieczonego zdobywcy Pucharu UEFA z Turcji.

Mario Jardel (na murawie po lewej stronie) z Superpucharem Europy, 2000 (fot. Uefa.com)
Mario Jardel (na murawie po lewej stronie) z Superpucharem Europy, 2000 (fot. Uefa.com)

Zmiana klimatu nie miała żadnego znaczenia, jeśli chodzi o strzelanie goli – zdobył ich 34 w 43 występach. Klimat miał jednak znaczenie dla samopoczucia zawodnika, który postanowił wrócić do Portugalii. Na lotnisku witały go tłumy, ale nie dogadał się z byłym klubem i wylądował w Sportingu. Tam rozegrał najlepszy rok w karierze: w 30 ligowych meczach strzelił 42 (sic!) bramki, a ogółem 55 w 42 występach. Dostał drugiego do pary Złotego Buta, wygrał mistrzostwo i puchar kraju.

Jedyny poszkodowany Brazylijczyk 2002 roku

Czas na najgorszy rozdział książki pt. „Mario Jardel – upadły tytan”. Reprezentacja. Znowu cofnijmy się w czasie, ale tylko o rok: Copa America 2001. Najgorszy czas „Canarinhos” w tamtych latach i szansa, o ile szansą można nazwać 70 minut w czterech spotkaniach. 70 minut dostał napastnik, który w pięciu poprzednich sezonach strzelił 200 (słownie: dwieście) goli.

Na kogo spadła wina po żenującej przegranej z Hondurasem w ćwierćfinale? Oczywiście na Jardela, który dostał aż 25 minut. Był to zarówno jego początek, jak i koniec w reprezentacji, ale do tego zaraz dojdziemy. Od CA mija rok, w którym Jardel przebija każdego napastnika w promieniu 500 km o dwie długości, pakuje 55 goli, topi się w pochwałach płynących ze wszystkich stron.

fot. Jn.pt

No, prawie ze wszystkich. Brakowało pochwały od Scolariego. Jardel czekał na informację, że jedzie do Korei. Nie doczekał się. Pojechał Ronaldo, który przez kontuzję kolana zagrał w barwach Interu w 16 meczach. O ile to można wybaczyć, gdyż R9 był piłkarskim Einsteinem, o tyle jak wytłumaczyć powołania dla Denilsona, Edilsona i Luizao?

Obieżyświat z kokainą w kieszeni

Nie potrafię ja, nie potrafił też Jardel. Nikt nie potrafił. Mówiono o słabej psychice piłkarza (tej samej, dzięki której przez sześć lat strzelił 255 goli, średnia 42,5 gola na mecz – znajdźcie drugiego takiego). Ci, którzy mówili o słabej psychice, okazali się demiurgami – psyche Brazylijczyka nie wytrzymało.

Nigdy więcej nie był sobą. Po roku (12 goli w 22 występach oraz masa kontuzji, w tym jedna przez skok do basenu, ponoć przypadkowa) odszedł do Boltonu, gdzie liczył na pomoc Sama Allardyce’a, który dawał drugą młodość innym upadłym gwiazdom: Jay-Jayowi Okochy oraz Yuriemu Djoraeffowi. Nie udało się. W siedem lat Jardel zwiedził 12 klubów na trzech różnych kontynentach. Nie dał rady między innymi w Bułgarii, w Australii oraz na Cyprze…

W 2008 roku przyznał, że brał: – Zażywałem tylko jeden narkotyk, kokainę. Ale tylko na wakacjach, nie wtedy, kiedy grałem. Nie biorę od dwóch miesięcy. Wszystko zaczęło się od złych przyjaźni. Potem przyszedł czas na mój rozwód, depresję i narkotyki. Dzisiaj chcę zacząć od nowa.

Rozwód piłkarza z pierwszą żoną zbiegł się w czasie z azjatyckim mundialem. Po nim nigdy nie wrócił do formy, jednak znalazł na to dość łopatologiczne wytłumaczenie: – Kiedy byłem w małych klubach, jak mogłem strzelać, jeżeli nie było w nich graczy, którzy mogliby podać mi piłkę? Zagram tylko dla wielkich klubów, jak Gremio czy Vasco da Gama. Chciałbym wrócić do jednego z tych dwóch i udowodnić, że potrafię.

W 2011 roku Jardel zawiesił buty na kołku. Ani do Gremio, ani do Vasco da Gama już nie wrócił – karierę zakończył w saudyjskim Al Tawoon. Czy może być zadowolony z przebiegu swojej kariery? Dokładnie w takim samym stopniu, w jakim może czuć niedosyt. Skończył poważne granie przed trzydziestką, o kilka dobrych lat za wcześnie. Swoje zdobył, w annałach historii zapisał się złotymi zgłoskami. Brakowało tylko jednego – powołania.

W reprezentacji zagrał w 10 spotkaniach, w których strzelił jedną bramkę. Całe życie czekał na dwa telefony – jeden od selekcjonera reprezentacji, który weźmie go na ważny turniej, drugi zaś od wielkiego klubu, który na jego skuteczności zbuduje drużynę. Nie doczekał się na żaden z nich. Wyobraźcie sobie dzisiaj 28-latka, który w pięć lat strzela 200 goli i nikt się po niego nie zgłasza. To przekracza zdolność percepcji Christophera Nolana.

W poprzednim odcinku Throwback Thursday wspominałem Johana Cruyffa – króla futbolu, który odszedł 24 marca. 

Komentarze
Modano (gość) - 6 lat temu

Jardela pamiętam głównie z jego gry głową. Prawdopodobieństwo strzelenia gola głową było bardzo wysokie gdy piłka była mu idealnie dograna.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze