Na minuty przed rozpoczęciem spotkania sporo kibiców kończyło jeszcze ustawiać swoje jedenastki w wielu odmianach Euro Fantasy. A tam oczywiście dużo Francuzów. I Griezmann na kapitanie. Wszystko dlatego, że większość z nas wyobrażała sobie dzisiejszy mecz jako idealne rozpoczęcie mistrzostw Europy przez Francję. Mocne i efektowne wejście z przytupem, które doskonale oznajmi światu cel gospodarzy. Tak, taki był plan. A jak wyszło naprawdę?
Głupotą byłaby próba jednoznacznej oceny szans na triumf w całym turnieju podopiecznych Didiera Deschampsa tylko na podstawie dzisiejszego meczu. W dodatku spotkania o wyjątkowym charakterze. Wiecie, cała ceremonia otwarcia, David Guetta na scenie (jego występ różnie oceniany zresztą), a także rosnące z każdą minutą oczekiwania na natychmiastowe odpalenie. To, chcąc nie chcąc, musiało się jakoś odbić, stworzyć specjalną otoczkę wokół całego meczu. A takich pojedynków nie da się rozegrać na zwykłym automacie. Ale pomimo tych wszystkich form usprawiedliwienia kilka wniosków udało nam się wyciągnąć. Powiedzmy, że będą to raczej rzeczy, których istnienie podejrzewaliśmy, a dziś zostały po prostu potwierdzone mniej lub bardziej.
Z przodu jest względne bogactwo
Faktycznie, zarówno na papierze, jak i na boisku magia nazwisk w pewnym stopniu działała. Bo przecież wyraźnie widać, że w drużynie gospodarzy turnieju ma kto grać i robić różnicę. A najbardziej czynią to ci, dla których ostatni sezon był bardzo dobry. I tak na pierwszy rzut oka jednym z najmocniejszych ogniw „Trójkolorowych” jest z pewnością Dimitri Payet, który dzisiaj kilkakrotnie poniósł zespół gospodarzy. Z jednej strony potrafił w pewnych momentach indywidualnie rozkręcić atak swojej drużyny, a z drugiej starał się kierować w kierunku kolegów z zespołu bardzo dobre dośrodkowania. Jedno zresztą zakończyło się w końcu bramką zdobytą przez Giroud.
I w końcu zrobił dokładnie TO. Kapitalny strzał, fenomenalny, poezja, stadiony świata. Idealne podsumowanie ogromnej roli, jaką zawodnik West Hamu odegrał dziś na Stade de France. Powiedzmy sobie szczerze, gdybyśmy dziś przyznawali nasz plus spotkania, Payet zgarnąłby ten tytuł bezapelacyjnie.
https://vine.co/v/i3Limv7Zt2z
Wspomnieliśmy też o Olivierze Giroud. W trakcie dzisiejszego meczu zdaliśmy sobie sprawę, że Francuz może wbrew pozorom powalczyć o koronę króla strzelców. Początkowo luźne spostrzeżenia stopniowo zmieniały się w pewną dozę przekonania, gdy oglądaliśmy próby ataków ze strony drużyny Francji. A te w dużym stopniu opierały się na zagrywaniu długich piłek zza pleców obrońców do czającego się zawodnika Arsenalu. I chociaż żadna z nich nie przyniosła zamierzonego efektu, to jednak wielokrotnie niewiele brakowało do skutecznej finalizacji całego wariantu. To próbował Pogba, to N’Golo Kante i oczywiście również Payet. Sam Giroud raz ukłuł bramkarza Rumunii i w ogólnym rozrachunku potwierdził, że na tę chwilę jest najlepszą opcją Deschampsa w linii ataku. Chociaż paradoksalnie do 30. minuty prezentował się bardzo słabo, co pokazuje ten obrazek:











