Stało się. Nasza kadra oblała egzamin piłkarskiej dojrzałości. A zaczęło się tak dobrze… Bez zbędnych kalkulacji. Bez liczenia punktów. Bez pardonu. Od początku poczuliśmy szkockie powietrze i nie bawiliśmy się w podszczypywanie. Twardo, ale z głową. Później było już tylko gorzej, ale skończyło się szczęśliwie, bramką na 2:2 w ostatnich sekundach meczu za sprawą niezawodnego Lewandowskiego.
Dzisiaj cel był jasny. Komplet punktów i zerkanie jednym okiem w stronę pojedynku Irlandii z Niemcami. Początek był wymarzony. Kapitalne podanie Milika i całą akcję zakończył w swoim stylu Robert Lewandowski, do czego nas ostatnio ewidentnie przyzwyczaja. Klasa sama w sobie. Niestety nie wszyscy koledzy dzisiaj próbowali mu dorównać. Bezbłędnie Glik, świetne zawody Mączyńskiego, poprawnie Pazdan, a reszta chyba została w szatni.
Były to miłe złego początki. Sam początek pokazał Szkotom, że przyjechaliśmy tutaj po komplet punktów i nawet dostosujemy się poziomem agresywności, żeby tylko wrócić z Wysp z tarczą. W pierwszej połowie co chwilę gotowało się w polu karnym rywala. Podwyższyć mógł Kuba Błaszczykowski, ale piłka po jego strzale minimalnie minęła bramkę. Zawodnik Fiorentiny w końcu poczuł się pewnie za panowania Nawałki. Wszędzie go było pełno, a wymienność pozycji z Milikiem i Grosickim ewidentnie mu służy.
Selekcjoner dostrzegł, że cała trójka nie lubi statecznej gry, są ruchliwi, nie boją się wziąć odpowiedzialności na swoje barki. Dał im wolną rękę. Sialiśmy popłoch w szeregach defensywnych rywala, który mógł liczyć tylko na stałe fragmenty gry, choć trzeba przyznać, że kilka razy musieliśmy się ratować faulem, zabijając niebezpieczeństwo już w zarodku. Niespodziewanie dobre zawody rozegrał Mączyński, chociaż w defensywie do spółki z Krychowiakiem zostawiali rywalom zbyt dużo miejsca. Upodobali sobie tę strefę i stopniowo drążyli skałę. Wychodziliśmy jednak z założenia, że przeciwnik może przejść, ale piłka – nigdy.
Szkoci początek mieli fatalny. Po bramce czuli się jak bokser po serii ciosów. Zamroczeni, przestraszeni, bez ochoty do gry. Dopiero z czasem doszło do nich, że pokonując Polaków, mogą jeszcze włączyć się do walki o awans, choć kiedy w pierwszej połowie obserwowałem ich w akcji, przypomniał mi się Piotr Świerczewski i jego „na chaos, na chaos”.
Kiedy już tak spokojnie spoglądaliśmy w kierunku szatni, to nagle dostaliśmy cios znienacka, którego nie mogliśmy się spodziewać. Ritchie takim uderzeniem mógłby rozwalać mury. Fabiański bez szans. Pozostawiliśmy za dużo miejsca, aż grzech było nie skorzystać z takich przestrzeni. Żeby powtórzyć taki strzał, musiałby próbować przez kilka godzin. Strzał marzenie. To tak, jakbyś jechał spokojnie autostradą bez korków, a tu nagle ferrari wjeżdża ci w bok. Moment rozluźnienia i zostaliśmy skarceni. Pierwsza połowa zaczęła i skończyła się mocno.
Jeszcze dobrze nie rozsiedliśmy się w fotelach po przerwie, nie zapięliśmy pasów, a mogliśmy mieć powtórkę z rozrywki. Najpierw niezły strzał Milika obronił Marshall, a chwilę później pomylił się Naismith. Druga połowa to była prawdziwa jazda bez trzymanki. Atak za atak. Ząb za ząb. Nawet nie było kiedy przypomnieć zwycięskiego składu Kaiserslautern z meczu z Bayernem w sezonie 1997/1998. Nie można było narzekać na nudę.









