Lech Poznań pokonał na swoim stadionie Polonię Bytom 1:0. Bramkę na wagę trzech punktów strzelił już w 6. minucie Rudnevs. Mimo zwycięstwa fani Lecha nie mają zbyt dużych powodów do zadowolenia, bo mecz stał na wyjątkowo niskim poziomie, a Polonia w końcówce powinna doprowadzić do wyrównania.

Mecz Lecha z Polonią Bytom rozpoczął się po myśli gospodarzy. Wystarczyło sześć minut, żeby mistrzowie Polski objęli prowadzenie. Wszystko zaczęło się od dośrodkowania w pole karne Sławomira Peszki, po którym niepewnie interweniował Gąsiński, a czyhający na błąd golkipera bytomian Artjoms Rudnevs nie mógł zmarnować takiego prezentu i z bliskiej odległości wpakował piłkę do siatki.
Po strzeleniu gola Lech zwolnił tempo gry. Polonia próbowała przejąć inicjatywę, ale jej akcje kończyły się najczęściej przed polem karnym. Dopiero na kilka chwil przed zakończeniem pierwszej odsłony spotkania dwa razy na bramkę Kotorowskiego uderzał Kobylik, lecz czeski zawodnik miał dziś źle ustawiony celownik.

Skromne prowadzenie gospodarzy powodowało, że wynik wciąż był sprawą otwartą, lecz Polonia nie rzuciła się do ataku. Początek drugiej części spotkania stał pod znakiem walki w środku pola i długiego rozgrywania akcji. Strzały na bramkę można było policzyć na palcach jednej ręki, a najczęściej były to próby zaskoczenia golkipera rywali uderzeniem z dystansu. Obaj trenerzy zaczęli szukać rozwiązania w zmianach, lecz wprowadzenie rezerwowych nie zmieniło obrazu gry.
W 73. minucie obudzili się podopieczni Jana Urbana. Potężny strzał z dystansu Hricki zaskoczył Krzysztofa Kotorowskiego, lecz do szczęścia zabrakło kilku centymetrów, bo piłka wylądowała na poprzeczce. Chwilę później groźnie strzelał Sawala, ale tym razem Kotorowski stanął na wysokości zadania. W końcu lechici odzyskali wigor. Dość przypadkowo na bramkę uderzał Rudnevs, później dwukrotnie w polu karnym gości szarżował Kiełb, jednak żadna z tych akcji nie przyniosła efektu bramkowego. Najlepszą sytuację do zdobycia gola mieli jednak poloniści. Po akcji Ujka i dobitce Tymińskiego kibice już widzieli piłkę w siatce, lecz w ostatniej chwili Arboleda niczym spod ziemi wyrósł na linii bramkowej i uratował swój zespół przed utratą gola. Futbolówka jeszcze odbiła się od poprzeczki i wróciła na bosko, jednak sędzia dopatrzył się jakiegoś przewinienia w tym całym zamieszaniu i zdecydował się przerwać grę.











