Dość nieoczekiwanie najciekawszym sobotnim spotkaniem 24. kolejki był pojedynek Boltonu z Tottenhamem, który po zdumiewającej batalii wygrali gospodarze. Od 61. minuty na boisku przebywał Ebi Smolarek. Zawiódł Arsenal, który tylko bezbramkowo zremisował z rozpędzonym West Ham. Nie wykorzystała tego Aston Villa, w której meczu także nie padły gole.
Wydawało się, że po wzmocnieniu drużyny przez Palaciosa i Defoe, Tottenham wreszcie zacznie grać na miarę swoich oczekiwań. Kolejne transfery nie pomogły jednak „Kogutom”, a ich honor próbował ratować jedynie Darren Bent. Co ciekawe, Harry Redknapp desygnował do gry tylko jednego napastnika, którym był nieskuteczny Roman Pawljuczenko. W bramce gości debiutował za to weteran Carlo Cudicini. U gospodarzy także można było rozpoznać nowe twarze. Oprócz występującego już wcześniej Makukuli, szansę gry dostał Mark Davies.
„Kłusaki” prowadzili jedną bramką do przerwy. Potem na boisku wiało nudą, aż do pojawienia się na murawie Ebiego Smolarka, co miało miejsce w 61. minucie. Polak w następnych wydarzeniach nie miał jednak zbyt wielkiego udziału. Najpierw drugą bramkę zdobył Bolton, a konkretnie Kevin Davies. Potem stał się prawdziwy cud, kiedy to Tottenham odrobił w 120 sekund dwubramkową stratę dzięki dwóm trafieniom rezerwowego Darrena Benta. W końcu, gdy wydawało się, że obie drużyny sprawiedliwie podzielą się punktami, sposób (co w sumie trudne w tym meczu nie było) na Carlo Cudiciniego ponownie znalazł Davies.
Derby nie dla „Kanonierów”
Inny wyrównany mecz miał miejsce na KC Stadium. Hull, przegrywający od sześciu spotkań z rzędu miał się w końcu odrodzić i pokonać ostatnie w tabeli WBA. Spotkanie zakończyło się jednak remisem 2:2, głównie dzięki kontrowersyjnym rzucie karnym podyktowanym przez Petera Waltona. Ciekawe, czy na jego decyzję miało wpływ to, że stadion Hull mieści się na ulicy Walton Street? Warto zwrócić uwagę na pierwszą bramkę w Premiership Jaya Simpsona, który został wypożyczony z Arsenalu Londyn.
A tymczasem podopieczni Arsene’a Wengera nie potrafili znaleźć sposobu na rozpędzony West Ham Gianfranco Zoli. Arsenal oczywiście przeważał przez całe spotkanie. Diaby strzelił w poprzeczkę, piłkę po strzale Toure z linii bramkowej wybił Collins, a wszystkie strzały Adebayora padały łupem Roberta Greena. Potwierdziło się to, o czym mówiono w kontekście „Kanonierów” od dawna. Jeżeli są nieskuteczni, od razu stają się nerwowi i bezsilni. Przedtem zdobywali bramki w końcówkach spotkań, teraz już im się to nie udało. Dwa remisy z rzędu świadczą o tym, że obecnie Londyńczykom zdecydowanie bliżej do Pucharu UEFA, aniżeli do Ligi Mistrzów. A „Młoty”? Znajdują się na bardzo dobrej ósmej lokacie, w czym spora zasługa managera Zoli, który w znakomity sposób umie motywować całkiem przeciętnych przecież zawodników.
Aston Villa mogła wykorzystać to potknięcie Arsenalu i odskoczyć im już na osiem punktów. Piłkarze O”Neilla także jednak nie potrafili zdobyć bramki w meczu z Wigan. „The Villans” mieli przewagę, ale jedyne szanse stwarzali sobie po dośrodkowaniach, gdzie swoje atuty mogli wykorzystać wysocy napastnicy. Żaden jednak bramki nie zdobył. Niewidoczny był nowy nabytek – Emile Heskey, który najwidoczniej nie chciał skrzywdzić swojego byłego klubu. W 62. minucie na murawie pojawił się John Carew, który pauzował przez dziewięć tygodni. Został przywitany owacją na stojąco, ale i to nie pomogło mu w strzeleniu gola. A w 72. minucie prawie udało się to Agbonlahorowi, który już nawet zaczął świętować zdobycie bramki. Potem okazało się jednak, że futbolówka nie przekroczyła linii bramkowej. Bardzo szybki Anglik starał się przechylić szalę zwycięstwa do ostatniej minuty, jednak wszystko to okazało się nieskuteczne.










