Obok piłki nożnej i krykieta to właśnie konie są największą miłością Anglików. Okres od połowy grudnia aż do nowego roku w Premier League przypomina właśnie taką wieloetapową, intensywną gonitwę wywołującą rumieńce na twarzach angielskich dżentelmenów. Kto ostatnio porwał tłumy, a kto nie wyszedł nawet z bloków startowych?
Fernando Torres (fot. Skysports.com)
Pytanie jest pozornie retoryczne, w dalszym ciągu prowadzi bowiem Manchester United, jednak ostatnia kolejka obfitowała w wiele ciekawych zdarzeń. Metafora Premier League jako wyścigów konnych nie spodobałaby się zapewne najbardziej znanemu koneserowi „końskiego” sportu wśród menedżerów BPL, czyli sir Aleksowi Fergusonowi, ponieważ koń znany jako „Rock of Gibraltar” napsuł mu wiele krwi w przeszłości. Niemniej jednak świąteczna gonitwa Royal Ascot na angielskich murawach rozkręciła się na dobre.
Wracają „The Blues”
Ramires (fot. skysports.com)
Chelsea rozprawiła się okrutnie z Aston Villą. Na miejscu chłopców Lamberta zrobiłbym jakąś zrzutkę i oddał pieniądze za przejazd i bilety tym kibicom Villi, którzy akurat wpadli na iście diabelski pomysł pojechania za swoimi ulubieńcami na Stamford Bridge. Powinni byli pamiętać, co stało się niecałe dwa lata temu, gdy „The Blues” rozklepali Villę 7:1… Niemniej jednak w minorowych nastrojach opuszczali Londyn gracze Paula Lamberta, a tak jednostronnego widowiska nie oglądaliśmy już dawno na boiskach Premier League. Po niedzielnej wiktorii 8:0 nasuwają się trzy pytania. Primo, czy Chelsea odnalazła formę i jest aż tak dobra? Secundo, może to Villa jest tak skandalicznie słaba? Terzo, a może to wpływ Rafy Beniteza, którego po nominacji na bossa Chelsea wszyscy obrzucali mięsem i linczowali w myślach na londyńskich latarniach, zanim ten poprowadził pierwszy trening? Odpowiedź jest jak zwykle w tego typu wypadkach niejednoznaczna i brzmi: wszystkiego po trochu.
Rafael Benitez (fot. Skysports.com)
Nie chcę urazić fanów Villi, ale w tym momencie jest to klub nijaki. Zdolny do bohaterskich czynów (3:1 nad Liverpoolem), ale i do totalnej kompromitacji, jak niedziela w Londynie. Gra bez jakiegoś rozpoznawalnego stylu, trudno scharakteryzować tę drużynę. Ma paru fajnych chłopaków, jak wspominana tutaj niejednokrotnie młoda gwiazdka rodem z Belgii, czyli Christian Benteke. Jest młody Andy Weimann, jest mój ulubiony bohater Football Managera 2010 Fabian Delph, jest i Marc Albrighton. Nie można zapominać także o Darrenie Bencie. Brak jednak jakiejś konsystencji w tym wszystkim, kleju, cementu tworzącego prawdziwą drużynę.
Drugą młodość w połowie sezonu przeżywa za to Chelsea. „The Blues” zagrali perfekcyjny mecz na Stamford Bridge. Świetnie grał Torres, a główka na 1:0 palce lizać, stadiony świata. Obudził się w nim żar, widać było bowiem, jak zły był, gdy zmieniał go Benitez w drugiej połowie meczu. W „El Nino” znów pulsuje ten dawny głód gry oraz zdobywania goli. Solidnie grał Czech, to dalej klasa światowa między słupkami. Zaskoczyło mnie pozytywnie ustawienie drużyny, boki bowiem Azpilicueta – Cole grały fantastycznie, tak samo jak środek Ivanović – Cahill. Blokowi defensywnemu na zdrowie wyszło wyrzucenie zeń Davida Luiza i powierzenie mu roli… defensywnego pomocnika. Brazylijczyk zagrał fenomenalnie, a jego gol to wisienka na torcie całej kolejki. Zaryzykowałbym i powierzył Davidowi na stałe tę rolę, a na ławce posadził Johna Obi-Mikela. No i nie zapominajmy, że jeszcze w obwodzie jest symbol i talizman „The Blues”, czyli John Terry.
Ci Brazylijczycy!
Van Persie (fot. skysports.com)
Cudownie zagrał Ramires. Pół godziny starczyło mu, aby załapać się do najlepszej jedenastki kolejki. Oscar robił swoje, widać, iż zaaklimatyzował się porządnie w Anglii. Bardzo na plus wypadł debiut Lucasa Piazona. Chłopak, ochrzczony już dawno temu jako nowy Kaka, wreszcie miał okazję pokazać całą swoją gamę nieprzeciętnych umiejętności przed publicznością zgromadzoną tłumnie na Stamford Bridge. No i rzeczywiście! Chłopak wygląda jak młody Kaka, porusza się po boisku jak jego sławniejszy i starszy kolega, no i ma technikę jak Kaka. Chwilę po zameldowaniu się na murawie zaliczył wspaniała asystę. Nie będę się tutaj pastwił nad niewykorzystanym rzutem karnym, bo wiadomo, że karne to loteria, a „jedenastki” nie strzelił i Platini, i Pele, do tego w dużo ważniejszych meczach niż ten. Jedno mi się podobało. Wszedł na murawę piłkarski gołowąs, a gra „The Blues” nie straciła nic na swojej płynności, fantazji i polocie. Dobrze współpracowali z Brazylijczykami Hazard i Mata, pod względem techniki powinni zostać honorowymi obywatelami plaż Copacabany, gdzie szlifują swoją formę młode brazylijskie talenty. Swoje zrobił też legendarny już Frank Lampard, który swój 500. mecz w BPL okrasił cudowną bramką (numer 130 w lidze) na 4:0.
Benitez zasłużył na świąteczny prezent. Co prawda długa droga przed nim, aby zaskarbić sobie serca fanów i jeszcze w tym roku nie mógł zapewne liczyć na puste wigilijne krzesło w domach kibiców „The Blues”, ale na pewno dużo przychylniejszym okiem patrzą już oni na byłego bossa Liverpoolu. Wszystko przed nim. Ciekawe, czy pustą przestrzeń po Sturridge’u włodarze Chelsea zechcą zastąpić już w styczniu czy to skróceniem wypożyczenia robiącego furorę w WBA Romelu Lukaku (chce zostać na The Hawthorns), czy to transferem Radamela Falcao, którego na świąteczne safari po Londynie zaprasza ciągle car Roman. Torres gra lepiej, jeśli jasno na papierze jest napisane, że to on jest numero uno. Hiszpan jest takim typem napastnika, który musi czuć bezgraniczne zaufanie trenera, klubu i wszystkich wokół, dopiero wtedy zaczyna dawać z siebie to, co najlepszego fabryka dała. Zobaczymy, jak potoczy się sytuacja na Stamford Bridge.
Obudził nam się za to Liverpool, prawdziwie krwawo mszcząc się za porażkę z Aston Villą sprzed tygodnia (1:3). Pewne 4:0 w meczu z Fulham i piękna gra zespołu Brendana Rodgersa. „The Cottagers” sprawili miły prezent chłopcom irlandzkiego menedżera, przyjmując od nich świąteczną paczuszkę z czterema golami w środku. Gerrard to znów stary dobry Gerrard, odblokował się wreszcie Suarez. Męczył, gryzł, szarpał, aż wreszcie przełamał strzelecki impas i dobił gości z Craven Cottage, aplikując im bramkę na 4:0 w 90. minucie gry. „The Reds” grali pewnie z tyłu w defensywie, Skrtel zamienił się nawet na chwilę w wytrawnego łowcę bramek, ale to Stewart Downing skradł wszystkim show. Ten zapomniany już dawno, spisany przez ogół na straty skrzydłowy przypomniał sobie nagle, że w piłkę to on jednak grać potrafi i to całkiem nie najgorzej. Napędzał każdą akcję „The Reds”, zaliczył asystę i zdobył pięknego gola. Czyżby renesans formy? Niewykluczone, iż kadra dumnych synów Albionu będzie miała jeszcze z niego pożytek.
Od sir Aleksa zaczęliśmy i na sir Aleksie skończymy. Legenda legendą, ale szkocki boss Manchesteru United zaczyna chyba miewać kłopoty z pamięcią. Niespodziewanie meczem kolejki okazało się fantastyczne spotkanie na Liberty Stadium, na którym „Łabędzie” postawiły się „Czerwonym Diabłom”, remisując 1:1. Nie o tym będzie jednak mowa, ale o incydencie z udziałem Robina van Persiego i Ashleya Williamsa. Gdy holenderski napastnik leżał na murawie, stoper Swansea, próbując odkopnąć piłkę, trafił nią prosto w głowę RvP. Ten zerwał się na równe nogi i rzucił się na Williamsa, a obaj gracze skoczyli sobie do gardeł.
Nie będziemy roztrząsać, czy Williams zrobił to złośliwie czy nie (sam twierdzi, że to był przypadek), kopnięcie bowiem piłką w głowę rywala zawsze jest i będzie naganne, śmieszy jednak troszkę co innego, mianowicie skala reakcji sir Aleksa. Ferguson stwierdził bowiem, że była to najstraszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział na murawie. Albo typowy zabieg psychologiczny w ramach „filozofii Fergusona” i jego mind games, albo sir Alex naprawdę zaczyna miewać zaćmy w pamięci. Podpowiem panu Fergusonowi. Widzieliśmy straszniejsze rzeczy na murawie, np. kopnięcie kibica ciosem kung-fu przez Erica Cantonę. Albo faul Roya Keane’a, który celowo złamał nogę Alfa-Inge Haalanda, praktycznie kończąc karierę zawodniczą Norwega. Ale tego albo sir Alex nie pamięta, albo nie chce pamiętać.
Nie samą informacją człowiek żyje. Przedstawię
wam zatem fikcyjne wzmocnienia ,, The Blues”
Radamel Falcao Garcia Zarate zapowiedział, że
zostanie w Atletico conajmniej do końca sezonu.
Roman Abramowicz zaczął więc szukać innego
napastnika, który mógłby zastąpić Sturridge’a na
myśl przyszedł mu Soldado, ale Rafa Benitez wraz z
Fernando Torresem zapowiedział, że lepiej będzie,
jeśli będzie to napastnik na ławkę. Ostatecznie
do Chelsea dołączył Alessandro Matri, który nie
miał zbyt wielu szans na grę w Juventusie.
Następne części będą później. Napiszcie, co
otym mmyślicie.
~S
~Jurek Siemanko
Stało się. Daniel Sturridge oficjalnie został
piłkarzem Liverpoolu. Będzie grał z numerem 18 na
koszulce, który odziedziczył po Dirku Kuycie.
Oprócz niego ,, The Reds” zakontraktowali Nuriego
Sahina na zasadzie transferu definiwnego.
Kolejnych części szukajcie pod tym artykułem.
Obok piłki nożnej i krykieta to właśnie konie są największą miłością Anglików. Okres od połowy grudnia aż do nowego roku w Premier League przypomina właśnie taką wieloetapową, intensywną gonitwę wywołującą rumieńce na twarzach angielskich dżentelmenów. Kto ostatnio porwał tłumy, a kto nie wyszedł nawet z bloków startowych?
Fernando Torres (fot. Skysports.com)
Pytanie jest pozornie retoryczne, w dalszym ciągu prowadzi bowiem Manchester United, jednak ostatnia kolejka obfitowała w wiele ciekawych zdarzeń. Metafora Premier League jako wyścigów konnych nie spodobałaby się zapewne najbardziej znanemu koneserowi „końskiego” sportu wśród menedżerów BPL, czyli sir Aleksowi Fergusonowi, ponieważ koń znany jako „Rock of Gibraltar” napsuł mu wiele krwi w przeszłości. Niemniej jednak świąteczna gonitwa Royal Ascot na angielskich murawach rozkręciła się na dobre.
Wracają „The Blues”
Ramires (fot. skysports.com)
Chelsea rozprawiła się okrutnie z Aston Villą. Na miejscu chłopców Lamberta zrobiłbym jakąś zrzutkę i oddał pieniądze za przejazd i bilety tym kibicom Villi, którzy akurat wpadli na iście diabelski pomysł pojechania za swoimi ulubieńcami na Stamford Bridge. Powinni byli pamiętać, co stało się niecałe dwa lata temu, gdy „The Blues” rozklepali Villę 7:1… Niemniej jednak w minorowych nastrojach opuszczali Londyn gracze Paula Lamberta, a tak jednostronnego widowiska nie oglądaliśmy już dawno na boiskach Premier League. Po niedzielnej wiktorii 8:0 nasuwają się trzy pytania. Primo, czy Chelsea odnalazła formę i jest aż tak dobra? Secundo, może to Villa jest tak skandalicznie słaba? Terzo, a może to wpływ Rafy Beniteza, którego po nominacji na bossa Chelsea wszyscy obrzucali mięsem i linczowali w myślach na londyńskich latarniach, zanim ten poprowadził pierwszy trening? Odpowiedź jest jak zwykle w tego typu wypadkach niejednoznaczna i brzmi: wszystkiego po trochu.
Rafael Benitez (fot. Skysports.com)
Nie chcę urazić fanów Villi, ale w tym momencie jest to klub nijaki. Zdolny do bohaterskich czynów (3:1 nad Liverpoolem), ale i do totalnej kompromitacji, jak niedziela w Londynie. Gra bez jakiegoś rozpoznawalnego stylu, trudno scharakteryzować tę drużynę. Ma paru fajnych chłopaków, jak wspominana tutaj niejednokrotnie młoda gwiazdka rodem z Belgii, czyli Christian Benteke. Jest młody Andy Weimann, jest mój ulubiony bohater Football Managera 2010 Fabian Delph, jest i Marc Albrighton. Nie można zapominać także o Darrenie Bencie. Brak jednak jakiejś konsystencji w tym wszystkim, kleju, cementu tworzącego prawdziwą drużynę.
Luis Suarez (fot. skysports.com)
Drugą młodość w połowie sezonu przeżywa za to Chelsea. „The Blues” zagrali perfekcyjny mecz na Stamford Bridge. Świetnie grał Torres, a główka na 1:0 palce lizać, stadiony świata. Obudził się w nim żar, widać było bowiem, jak zły był, gdy zmieniał go Benitez w drugiej połowie meczu. W „El Nino” znów pulsuje ten dawny głód gry oraz zdobywania goli. Solidnie grał Czech, to dalej klasa światowa między słupkami. Zaskoczyło mnie pozytywnie ustawienie drużyny, boki bowiem Azpilicueta – Cole grały fantastycznie, tak samo jak środek Ivanović – Cahill. Blokowi defensywnemu na zdrowie wyszło wyrzucenie zeń Davida Luiza i powierzenie mu roli… defensywnego pomocnika. Brazylijczyk zagrał fenomenalnie, a jego gol to wisienka na torcie całej kolejki. Zaryzykowałbym i powierzył Davidowi na stałe tę rolę, a na ławce posadził Johna Obi-Mikela. No i nie zapominajmy, że jeszcze w obwodzie jest symbol i talizman „The Blues”, czyli John Terry.
Ci Brazylijczycy!
Van Persie (fot. skysports.com)
Cudownie zagrał Ramires. Pół godziny starczyło mu, aby załapać się do najlepszej jedenastki kolejki. Oscar robił swoje, widać, iż zaaklimatyzował się porządnie w Anglii. Bardzo na plus wypadł debiut Lucasa Piazona. Chłopak, ochrzczony już dawno temu jako nowy Kaka, wreszcie miał okazję pokazać całą swoją gamę nieprzeciętnych umiejętności przed publicznością zgromadzoną tłumnie na Stamford Bridge. No i rzeczywiście! Chłopak wygląda jak młody Kaka, porusza się po boisku jak jego sławniejszy i starszy kolega, no i ma technikę jak Kaka. Chwilę po zameldowaniu się na murawie zaliczył wspaniała asystę. Nie będę się tutaj pastwił nad niewykorzystanym rzutem karnym, bo wiadomo, że karne to loteria, a „jedenastki” nie strzelił i Platini, i Pele, do tego w dużo ważniejszych meczach niż ten. Jedno mi się podobało. Wszedł na murawę piłkarski gołowąs, a gra „The Blues” nie straciła nic na swojej płynności, fantazji i polocie. Dobrze współpracowali z Brazylijczykami Hazard i Mata, pod względem techniki powinni zostać honorowymi obywatelami plaż Copacabany, gdzie szlifują swoją formę młode brazylijskie talenty. Swoje zrobił też legendarny już Frank Lampard, który swój 500. mecz w BPL okrasił cudowną bramką (numer 130 w lidze) na 4:0.
Benitez zasłużył na świąteczny prezent. Co prawda długa droga przed nim, aby zaskarbić sobie serca fanów i jeszcze w tym roku nie mógł zapewne liczyć na puste wigilijne krzesło w domach kibiców „The Blues”, ale na pewno dużo przychylniejszym okiem patrzą już oni na byłego bossa Liverpoolu. Wszystko przed nim. Ciekawe, czy pustą przestrzeń po Sturridge’u włodarze Chelsea zechcą zastąpić już w styczniu czy to skróceniem wypożyczenia robiącego furorę w WBA Romelu Lukaku (chce zostać na The Hawthorns), czy to transferem Radamela Falcao, którego na świąteczne safari po Londynie zaprasza ciągle car Roman. Torres gra lepiej, jeśli jasno na papierze jest napisane, że to on jest numero uno. Hiszpan jest takim typem napastnika, który musi czuć bezgraniczne zaufanie trenera, klubu i wszystkich wokół, dopiero wtedy zaczyna dawać z siebie to, co najlepszego fabryka dała. Zobaczymy, jak potoczy się sytuacja na Stamford Bridge.
Obudził nam się za to Liverpool, prawdziwie krwawo mszcząc się za porażkę z Aston Villą sprzed tygodnia (1:3). Pewne 4:0 w meczu z Fulham i piękna gra zespołu Brendana Rodgersa. „The Cottagers” sprawili miły prezent chłopcom irlandzkiego menedżera, przyjmując od nich świąteczną paczuszkę z czterema golami w środku. Gerrard to znów stary dobry Gerrard, odblokował się wreszcie Suarez. Męczył, gryzł, szarpał, aż wreszcie przełamał strzelecki impas i dobił gości z Craven Cottage, aplikując im bramkę na 4:0 w 90. minucie gry. „The Reds” grali pewnie z tyłu w defensywie, Skrtel zamienił się nawet na chwilę w wytrawnego łowcę bramek, ale to Stewart Downing skradł wszystkim show. Ten zapomniany już dawno, spisany przez ogół na straty skrzydłowy przypomniał sobie nagle, że w piłkę to on jednak grać potrafi i to całkiem nie najgorzej. Napędzał każdą akcję „The Reds”, zaliczył asystę i zdobył pięknego gola. Czyżby renesans formy? Niewykluczone, iż kadra dumnych synów Albionu będzie miała jeszcze z niego pożytek.
Od sir Aleksa zaczęliśmy i na sir Aleksie skończymy. Legenda legendą, ale szkocki boss Manchesteru United zaczyna chyba miewać kłopoty z pamięcią. Niespodziewanie meczem kolejki okazało się fantastyczne spotkanie na Liberty Stadium, na którym „Łabędzie” postawiły się „Czerwonym Diabłom”, remisując 1:1. Nie o tym będzie jednak mowa, ale o incydencie z udziałem Robina van Persiego i Ashleya Williamsa. Gdy holenderski napastnik leżał na murawie, stoper Swansea, próbując odkopnąć piłkę, trafił nią prosto w głowę RvP. Ten zerwał się na równe nogi i rzucił się na Williamsa, a obaj gracze skoczyli sobie do gardeł.
Nie będziemy roztrząsać, czy Williams zrobił to złośliwie czy nie (sam twierdzi, że to był przypadek), kopnięcie bowiem piłką w głowę rywala zawsze jest i będzie naganne, śmieszy jednak troszkę co innego, mianowicie skala reakcji sir Aleksa. Ferguson stwierdził bowiem, że była to najstraszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział na murawie. Albo typowy zabieg psychologiczny w ramach „filozofii Fergusona” i jego mind games, albo sir Alex naprawdę zaczyna miewać zaćmy w pamięci. Podpowiem panu Fergusonowi. Widzieliśmy straszniejsze rzeczy na murawie, np. kopnięcie kibica ciosem kung-fu przez Erica Cantonę. Albo faul Roya Keane’a, który celowo złamał nogę Alfa-Inge Haalanda, praktycznie kończąc karierę zawodniczą Norwega. Ale tego albo sir Alex nie pamięta, albo nie chce pamiętać.