Superpuchar – warszawska klątwa nadal ciąży nad mistrzem Polski


Mecz o Superpuchar Polski Legii z Cracovią został odwołany

9 sierpnia 2020 Superpuchar – warszawska klątwa nadal ciąży nad mistrzem Polski
Piotr Matusewicz / PressFocus

– Na pewno nie ma mowy o żadnej klątwie – mówił ostatnio na konferencji Aleksandar Vuković, odnosząc się do historii meczów o Superpuchar. Panie trenerze – klątwy istnieją. I jedna z nich ewidentnie ciąży nad Legią. Warszawianie po raz kolejny wygrali ligę i po raz kolejny zapewnili sobie prawo do gry w finale Superpucharu, którego (co ważne) od dawna nie zdobyli. Z tym, że… to spotkanie jednak się nie odbędzie. I Legia znowu nic nie wygra.


Udostępnij na Udostępnij na


Mówiąc szczerze – jeszcze w piątek nawet przez myśl nie przeszło mi to, że ten mecz zostanie odwołany. Jak widać, koronawirus i cała otoczka wokół pandemii zebrały kolejne żniwo. Padło znowu na piłkę nożną – i wydawać się może, że decyzja o odwołaniu spotkania najbardziej uderzyła w stołeczny klub. Dlaczego? Prześledźmy najnowszą historię zmagań warszawian w tych rozgrywkach.

Superpuchar w Warszawie? Podziękuję

Legia Warszawa jest najbardziej utytułowanym klubem w Polsce – tutaj miejsca do polemiki nie ma. Liczby nie kłamią. Niezależnie od tego, czy komuś się to podoba, czy nie. Od wielu lat „Wojskowi” również nie kończą sezonu niżej niż na drugim miejscu. Ostatni raz poza czołową dwójką byli w roku 2012. A gdyby chcieć szukać rozgrywek, gdy Legia znalazła się poza podium, należy wrócić do sezonu 2009/2010.

Przeglądając liczbę trofeów stołecznego klubu, napotykamy na pewną… niekonsekwencję. 14 mistrzostw – rekord współdzielony z Górnikiem Zabrze i Wisłą Kraków. 19 zdobytych Pucharów Polski – najwięcej spośród wszystkich drużyn – oraz… zaledwie cztery Superpuchary. Z tego ostatni z nich wygrany dość dawno temu, bo w 2008. Co więcej, od wspomnianego roku Legia walczyła o Superpuchar aż sześciokrotnie. Zatem klub, który od wielu lat zalicza się do absolutnej czołówki polskiej piłki, nie potrafi wygrać tego jednego meczu w sezonie. Często zresztą rozgrywanego na jego własnym obiekcie.

Legia tworzy historię – tylko nie własną

Miniona dekada przyniosła naszej piłce wiele ciekawych rozstrzygnięć i zdarzeń. Pierwsze w historii mistrzostwo zdobył Piast, tytuł powędrował też na konto Śląska Wrocław, który do tamtego momentu ligę wygrał tylko raz. Puchary trafiły do klubowych gablotek Arki Gdynia i Zawiszy Bydgoszcz, a dodatkowo w ekstraklasie gościliśmy też klub z wsi liczącej mniej niż 1000 mieszkańców – Termalicę.

Do części tych wyjątkowych historii rękę przyłożyła Legia Warszawa. Spójrzmy na Arkę Gdynia – Superpuchar Polski wygrała dwukrotnie przy Łazienkowskiej. Zawisza Bydgoszcz też tam triumfowała w 2014 roku.

Litości – przecież klub, dla którego wicemistrzostwo Polski od dłuższego czasu jest traktowane jako porażka, nie potrafił pokonać na własnym stadionie Zawiszy. Przypomnę, że w tym samym sezonie drużyna z Bydgoszczy spadła z ekstraklasy, od piątej kolejki szorując non-stop po dnie tabeli lub jego okolicach. Dwukrotnie Legia przegrała też u siebie z Arką, która za każdym razem później bliżej była spadku niż czołówki.

Rozumiem, że można zaliczyć wpadkę i przegrać z niżej notowanym rywalem. Takie rzeczy się zdarzają. Ale nie trzy razy, w tym dwa z rzędu. Zwłaszcza że ambicje Legii są naprawdę bardzo duże i po prostu wypadałoby czasem ten Superpuchar wygrać.

Powody do „dumy”

Nie chciałbym być źle zrozumiany – zarówno Zawisza, jak i Arka zagrały wtedy z Legią dobre spotkania i nie wolno deprecjonować ich roli. W końcu też za „piękne oczy” te drużyny w Superpucharze się nie znalazły. Na występ w tym meczu oba zespoły solidnie zapracowały.

Z całą pewnością nie można powiedzieć, że stołeczny klub został okradziony, nie miał szczęścia, czy przegrał przez splot nieszczęśliwych przypadków. Tak naprawdę nie będę mijać się z prawdą, stwierdzając, że drużyny z Bydgoszczy i Gdyni wygrały zasłużenie. Jeżeli pozwalasz przeciwnikowi wbiegać we własne pole karne bez żadnej próby przeszkodzenia mu, to po prostu prosisz się o stratę bramki. (Gol Zarandii w minutach 1:46–1:56)

Przed dwoma porażkami z rzędu z Arką Legia uległa też dwukrotnie Lechowi. I to w jakim stylu! Najpierw 3:1, a potem 1:4 u siebie. Co prawda w tym drugim meczu przy pierwszej bramce poznaniaków, która poniekąd ułożyła mecz, nie popisał się Malarz, ale nie można obarczyć go całą winą za przegrane spotkanie.

Dobrze, podsumujmy. Dwa razy lanie sprawione przez Lecha, jednego z największych rywali Legii. Dwie porażki z rzędu ze słabszą na papierze Arką i na deser klęska z Zawiszą, która chwilę potem spadła z ekstraklasy. Nic, tylko pogratulować.

Przyczyny

Tak fatalne wyniki przejdą z całą pewnością do grona jednych z większych zagadek współczesnego polskiego futbolu. Dlaczego zatem tak się dzieje? Nie wiem. I przypuszczam, że większość legionistów też tego nie wie. Nie można przecież powiedzieć, że „Wojskowi” byli po prostu za słabi kadrowo, by wygrać Superpuchar. Tylko najzagorzalszy antyfan stołecznego klubu mógłby tak nieironicznie pomyśleć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę rywali, z jakimi się warszawianie mierzyli. Każdy z nich z całą pewnością nie był od Legii na papierze dużo lepszy.

No to być może dużą rolę odegrała moda na częste zmiany szkoleniowców? Pamiętajmy, że od 2016 roku aktualny mistrz Polski miał przecież aż sześciu trenerów. Chociażby debiut Besnika Hasiego przypadł właśnie na mecz o Superpuchar. Na pewno trudno oczekiwać, żeby Albańczyk wpoił tak szybko swoją filozofię gry piłkarzom. Ale z drugiej strony Hasi był jedynym z ostatnich trenerów, dla którego takie spotkanie okazało się pierwsze w roli trenera Legii. Magiera, przegrywając z Arką, był już po dobrych kilku miesiącach w klubie, a Klafurić zdążył przecież z warszawskim zespołem wywalczyć mistrzostwo i puchar. Gdyby zatem przyjąć taką argumentację, usprawiedliwić można by było tylko Legię pod wodzą Hasiego.

Oczywiście – można przypomnieć, że w 2017 ze składu warszawskiej drużyny został przecież wyjęty Vadis Odjidja-Ofoe. Nie trzeba chyba przypominać, jak ważnym był wówczas zawodnikiem dla mistrzów Polski. Ale nawet pomimo tego Legia powinna być w stanie rozprawić się z przeciwnikiem pokroju Arki Gdynia. Z całym szacunkiem dla drużyny z Pomorza.

Mecz z Cracovią

Po sześciu porażkach z rzędu Legii przyszło zagrać o Superpuchar po raz kolejny. Tym razem rywalem warszawian miała być Cracovia – zdobywca Pucharu Polski.

Mieliśmy być najprawdopodobniej świadkami pierwszego meczu Artura Boruca od jego powrotu. Zagrać mógł też Mladenović – jedno z ciekawszych wzmocnień „Wojskowych” w obecnym okienku transferowym. Dwa nowe nazwiska byłyby dodatkowo wsparte trzonem Legii, który wywalczył mistrzostwo i został w Warszawie. W klubie grają przecież nadal między innymi Jędrzejczyk, Karbownik czy Antolić. Został też trener, który pracuje z zawodnikami już od ponad roku.

Przed spotkaniem zatem więcej argumentów przemawiałoby na korzyść Legii. Wydawać by się mogło, że warszawianie w końcu muszą ten Superpuchar wygrać. Kiedy, jak nie teraz? I dokładnie na dzień przed zaplanowanym spotkaniem zostało ono odwołane przez podejrzewane zakażenie koronawirusem u jednego z masażystów mistrza Polski. Jeszcze tuż przed ogłoszeniem decyzji PZPN-u Legia wydała oświadczenie, zgodnie z którym nikt w klubie tak naprawdę chory nie jest.

A zatem każdy jest zdrowy, ale Superpuchar się nie odbędzie, bo ktoś jest jednak chory. Oczywiście bezpieczeństwo zawodników musi być na pierwszym miejscu i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale sprzeczność w komunikatach związku i klubu jest wręcz absurdalna i tylko bardziej komplikuje ten problem.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wszystko dzieje się nie przed jednym z ligowych meczów, nie przed spotkaniem w ramach Pucharu Polski, ale właśnie przed Superpucharem, to… Legia powinna na poważnie zastanowić się nad wynajęciem jakiegoś szamana. Może on w końcu odczaruje ten klub i odgoni złe moce, które ewidentnie zawisły nad Łazienkowską.

Komentarze
Boniek (gość) - 1 miesiąc temu

Jak odwołany? Odwołany dziś. Przeniesiony na jutro do Gdańska.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze